Menu

Wyszukiwanie

Kościół Parafialny pw Podwyższenia Krzyża Świętego

Lecznie niepłodniości kobiety i mężczyzny.

Rozmowa z Agatą Aniszczyk instruktorką i konsultantką Modelu Creighton – naturalnego rozpoznawania płodności i niepłodności kobiety podczas jej cyklu.

Jakie są przyczyny bezpłodności zarówno po stronie mężczyzn jak i po stronie kobiet ?

„Bezpłodność” to termin, który dotyczy całkowitej niemożliwości poczęcia. W przeciwieństwie do niego termin „niepłodność” stawia małżeństwo w nadziei na poczęcie dziecka. Niepłodność – w Naprotechnologii – jest stwierdzana po 6 miesiącach obserwacji metodą Modelu Creigton lub po roku zwykłego funkcjonowania małżeństwa (w tym współżycia w dniach przypadkowych).Ogólnie rzecz ujmując przyczyny niepłodności kobiecej mogą być różne, do takich należą np. cykle suche, brak owulacji, endometrioza, zespół policystycznych jajników, problemy hormonalne, niedrożność jajowodów. Z kolei przyczyną niepłodności męskiej mogą być zaburzenia hormonalne, niska jakość nasienia (ilość a bardziej ruchliwość plemników lub nieprawidłowa budowa). W jakich przypadkach Naprotechologia może pomóc w wyleczeniu niepłodności?Naprotechnologia zajmuje się diagnozowaniem i leczeniem przyczyn niepłodności oraz problemów zdrowia ginekologicznego. Niektóre przypadki, którymi się zajmuje, podałam wcześniej. Do poczęcia potrzebna jest dobra komórka jajowa, dobry plemnik i estrogenny śluz. Brak któregokolwiek z tych trzech czynników uniemożliwia poczęcie. Naprotechnologia stara się leczyć tak, aby te elementy były obecne.Jakimi metodami Naprotechnologia leczy niepłodność ?

Metody, którymi się zajmuje Naprotechnologia, to zarówno leczenie farmakologiczne jak i chirurgiczne. Do tego można dodać również dość dużą „skuteczność” samego stosowania systemu obserwacji (model Creighton), choć ma on na celu po pierwsze zdiagnozować przyczynę a nie wyleczyć. Jak widać, już sama dogłębna wiedza o dokładnych mechanizmach biologicznych związanych z kobiecym cyklem, daje rezultaty.

Czy Naprotechnologia daje możliwość całkowitego wyleczenia niepłodności ?

Tak.Jaka jest procentowa skuteczność leczenia niepłodności tą metodą ?Jeśli bierzemy pod uwagę tylko obserwacje wg Modelu Creighton – współżycie w czasie dni płodnych, to wskaźnik ciążowy wynosi 40% (w okresie 8 -12 miesięcy). Gdy do metody obserwacji dołączymy leczenie za pomocą Naprotechnologii, to wskaźnik ciążowy sięga do 80%. Oczywiście za powyższymi, zagregowanymi wskaźnikami, kryje się leczenie par niepłodnych, które chcą począć dziecko.

Dlaczego uważa Pani, że Naprotechnologia jest dobrą i skuteczną metodą w leczeniu niepłodności ?Co ja uważam, jest najmniej w tym momencie ważne. Istotne jest, jak jest naprawdę. Naprotechnologia świadczy sama za siebie.O tym, że jest to metoda dobra, świadczy w szczególności ludzkie podejście do kobiety:Naprotechnologia jest oparta na modelu Creighton  (metoda objawowa), który umożliwia indywidualne dopasowanie systemu samoobserwacji do każdej kobiety. Skrupulatne obserwacje, stworzenie „profilu” pacjentki, określenie jej dni płodnych i niepłodnych, diagnoza wszelkich nieprawidłowości zachodzących w organizmie – to tylko niektóre z korzyści płynących z terapii. Pacjentka ma świadomość, że leczenie dobrane jest specjalnie dla niej, a czas, który poświęca jej instruktor, a później lekarz, jest czasem, w którym rozpatrywany jest jej konkretny przypadek. Naprotechnologia szanuje godność kobiety i małżeństwa. Nie ingeruje we współżycie, czerpiąc wiedzę z naturalnego cyklu kobiety.Natomiast o tym, że jest to metoda skuteczna, świadczą wyniki, choćby procentowe, które wcześniej podawałam. Jednak po pierwsze o skuteczności Naprotechnologii świadczy samo podejście do leczenia. Jest to jedyna poważna inicjatywa medyczna obejmująca leczenie przyczyn niepłodności.Dla przykładu techniki rozrodu wspomaganego (tzw. in vitro, ART itd.) nie leczą przyczyn niepłodności, więc trudno mówić tutaj o jakiejś skuteczności. Aby to zrozumieć, wystarczy zdać sobie sprawę, że po ewentualnym in-vitro kobieta w dalszym ciągu jest niepłodna. Tymczasem po przeprowadzonym z sukcesem leczeniu przez Naprotechnologię przyczyna niepłodności znika.

Dlaczego jest to metoda tak mało znana w Polsce i dlaczego tak niewiele lekarzy interesuje się tą wiedzą ?

Sprawy mają się trochę inaczej. Jeśli zważyć, że w 2008 roku pojawił się pierwszy lekarz i pierwszy instruktor w Polsce, a dziś, czyli 4 lata później jest ponad 10 lekarzy i ok. 50 instruktorów, to chyba można mówić o szybkim rozwoju. Dowodem na to jest również zorganizowanie kolejnego szkolenia dla lekarzy i instruktorów w Polsce, które odbędzie się we wrześniu br. Aby Naprotechnologia dotarła do każdej osoby w Polsce i nie była egzotycznym pojęciem, potrzeba czasu i rozwoju. Jest to chyba jednak naturalne.W jaki sposób para, która chciałaby podjąć się leczenie niepłodności może uzyskać pomoc, gdzie może ją znaleźć ?Na stronie www.naprotechnologiawroclaw.pl są informację o spotkaniach we Wrocławiu. Poniżej dane kontaktowe do instruktorów i lekarzy z całej Polski. Instruktorzy, przy rozmowie informują o możliwościach kontaktu z lekarzem. Zazwyczaj, jeśli jest potrzeba leczenia, wiąże się ona z wyjazdem do najbliższego lekarza naprotechnologa.   

Dziękuję serdecznie za wywiad.

Agata Aniszczyk jest doktorantką na Politechnice Wrocławskiej. Prywatnie żona i matka. Od października 2011 jest pierwszym instruktorem na Dolnym Śląsku. Dane kontaktowe oraz więcej informacji o Naprotechnologii na stronie

Film 1 - „Czynnik męski jako jedna z przyczyn obniżonej płodności.”Dr Maciej Barczentewicz – ginekolog położnik – Przychodnia Specjalistyczna Macierzyństwo i Życie oraz Fundacja Instytut Leczenia Niepłodności Małżeńskiej, Lublin w ramach konferencji NaProTECHNOLOGYTM W DIAGNOZOWANIU I LECZENIU NIEPŁODNOŚCI. Szanse, wyzwania efekty. Wrocław, 24.03.2012

Film 2 - „Niepłodność jako wieloczynnikowy problem choroby przewlekłej.” Metody leczenia zachowawczego w NaProTechnology TM . – Dr Maciej Barczentewicz – ginekolog położnik, Przychodnia Specjalistyczna Macierzyństwo i Życie oraz Fundacja Instytut Leczenia Niepłodności Małżeńskiej, Lublin w ramach konferencji NaProTECHNOLOGYTM W DIAGNOZOWANIU I LECZENIU NIEPŁODNOŚCI.  Szanse, wyzwania efekty. Wrocław, 24.03.2012 www.naprotechnologiawroclaw.pl 


WYKAZ   LEKARZY   I   INSTRUKTORÓW   NAPROTECHNOLOGÓW

WOJEWÓDZTWO  POMORSKIE
Gdańsk
Aleksandra Gucka
       Practitioner Intern

a.gucka@darplodnosci.pl       504 686 992 www.darplodnosci.pl

WOJEWÓDZTWO  ŚLĄSKIE
Mysłowice
Ewa Jurczyk      
           Practitioner

ewa@naprofamilia.pl              882 795 099 www.naprofamilia.pl
Milówka
Katarzyna Morzy 
       Practitioner

katarzyna.morzy@op.pl          505 682 499

WOJEWÓDZTWO  WARMIŃSKO - MAZURSKIE
Olsztyn
Lena Szturomska - Józwik
Practitioner Intern

609 925 755

Pogotowie małżeńskie

Leczenie niepłodności

Bezwarunkowa miłość.

Dobra małżeńska kłótnia to rzecz pożądana

Kłótnia małżeńska, wzajemne gwałtowne wyrażanie swoich opinii, to w sumie rzecz pożądana a nawet piękna. To przecież samo życie.

Dobre kłótnie bronią partnerstwa w małżeństwie, zapobiegają nudzie i stagnacji. Św. Paweł Apostoł zachęca: “Kłóćcie się", ale zaraz dodaje: “...tylko nie grzeszcie". Zakłada, że sama kłótnie grzechem nie jest. To tylko wymiana zdań, może jedynie nieco podniesionym głosem.

 

Oglądałem kiedyś włoski film ukazujący perypetie kochającej się pary. Była w nim jedna urocza scena. Mąż i żona kłócą się coraz głośniej, sąsiedzi wyglądają przez okna, nasłuchują. W pewnym momencie ona nie wytrzymuje napięcia, obrażona odwraca się, udaje się do swojego pokoju i zamyka się na klucz. On idzie za nią, puka wielokrotnie i woła ją skruszonym głosem. Ona nie otwiera. Po dłuższym czasie słychać jednak zgrzyt klucza w drzwiach. Ona wychodzi, a on mówi do niej: "No widzisz, jakaś ty jest. Jak z tobą można żyć? Tak pięknie kłóciliśmy się, ale tyś wszystko popsuła".

Nie należy dramatyzować w małżeństwie chwilowego zniecierpliwienia, podniesionego głosu. Kłótnia może być jednak dobra tylko pod określonymi warunkami. Osobę, z którą się kłócimy, należy traktować jako równorzędnego partnera, a nie wroga, którego trzeba zniszczyć. Nie wolno w czasie sprzeczki poniżać ani się, ani innych. W kłótni należy spierać się uczciwie. Nie wolno sięgać po nieprawdziwe argumenty, kłamstwo, oszczerstwo. Nie wolno też wykorzystywać swojej przewagi, np. siły fizycznej czy psychicznej. Kłócąc się należy pamiętać, że ostra wymiana zdań ma służyć wypowiedzeniu gwałtownych emocji, ustaleniu pewnego kompromisu, a nie upokarzaniu i obrażaniu innych.

Gdy z kimś ostro się kłócimy, doświadczamy pokusy, by zadać "ostateczny cios", na przykład poprzez przywołaniu jakiejś starej upokarzającej historii. Nie wolno tego robić. Nie wolno także - nigdy i pod żadnym pozorem - używać ciężkich raniących słów. Bywa, że w czasie kłótni wyleci nam z ust jakieś "jedno słówko", które w tym momencie zdaje się być jedynie małym wróbelkiem, ale już po kilku chwilach zdajemy sobie sprawę, że przesadziliśmy... Wróbelek ten rośnie i staje się z czasem ciężkim wołem.

 

Takie "jedno słówko" bywa potem pamiętane całe lata. Kłótnie, gdy nie panuje się nad emocjami i językiem, przeradzają się niekiedy we wzajemne obrzucanie się błotem i ranienie siebie. Tego też czynić nie wolno. Małżonkowie sprzeczając się muszą pamiętać, że żyją pod jednym dachem, budują jedno gniazdo rodzinne i razem wychowują dzieci.

Gdy kłótnie małżeńskie trwają całymi tygodniami i miesiącami, łatwo przemieniają się w wojnę domową. Wojna zaś to zawsze nienawiść, destrukcja, zabijanie i śmierć; w małżeństwie śmierć miłości. Odwołanie się do humoru stwarza małżonkom doskonałą okazję do honorowego dla obu stron zakończenia kłótni i wzajemnego pojednania się. "Niech nad waszym gniewem nie zachodzi słońce" - doradza Jezus ("GK", 29 IX 2012). Józef Augustyn SJ / "Gazeta Krakowska"

Małżeństwo, labirynt czy droga do nieba? ks. Piotr Pawlukiewicz.

O seksie, płci i komunikacji w małżeństwie - dr Jacek Pulikowski

Zdrada małżeńska i rozstanie - dr hab. Mieczysław Guzewicz

Miłość do dziecka nie może być ślepa!

Komu nie przydarzyło się kiedykolwiek stanąć zdumionym wobec rodzica, który nie jest w stanie odczytać prawdziwego znaczenia pewnych dziecięcych zachowań? Obserwator z zewnątrz jasno widzi na przykład, że dziecko kaprysi, a rodzic nie potrafi prawidłowo ocenić jego zachowania.

 

Tak jak w przypadku, gdy dziecko chce napić się jedynie coca-coli, a rodzic zachowuje się, jakby potomkowi groziło natychmiastowe odwodnienie. Może się zdarzyć, że dziecko próbuje robić z siebie ofiarę, rodzic tymczasem, nieświadomy sytuacji, przyjmuje to za dobrą monetę.


Bywa i tak, że syn czy córka zamęcza rodzica irytującymi drobiazgami, a ten usiłuje odpowiedzieć na nie bez zastanawiania się nad prawdziwym znaczeniem takiej uporczywości. W pewnych okolicznościach ewidentnie staje się jasne, że dziecko domaga się przyznania mu racji nawet wówczas, gdy jej nie ma, zaś rodzic pozwala się wciągać w absurdalną i niekończącą się dyskusję.


Nierzadko obserwator z zewnątrz zadaje sobie w duchu pytanie: jak można nie rozumieć, nie zdawać sobie sprawy z sytuacji? Rodzi się zdumienie nad niezdolnością wielu rodziców do pojmowania tego, "jak się rzeczy mają", swoistej "ślepoty", która uniemożliwia im odpowiednią reakcję na rzeczywistość.


Niejedna matka czy ojciec uważa swojego potomka za "dziecko bardzo inteligentne", podczas gdy ono jest tylko pilne w nauce. Niejeden rodzic postrzega swojego syna jako "nad wyraz żywego", próbując usprawiedliwić jego krnąbrny charakter.


Wielu dorosłych kładzie na karb "pewnych trudności z koncentracją" brak ze strony dzieci najmniejszego wysiłku opanowywania się w klasie. Wielu też określa ich problemy szkolne jako "spowodowane niezrozumieniem przez nauczycieli", podczas gdy prawdziwym problemem jest ich nieznośny stosunek do wszystkich. Niektóre oczywistości, jak te powyższe, nie są w ogóle brane pod uwagę przez rodziców, ponieważ ich osąd wypaczają nieuświadomione lęki czy pragnienia. Stąd pochodzi skrzywiony obraz świata, który nadaje faktom zwodnicze znaczenie.


Istnieją również rodzice obrażający się i ignorujący ludzi próbujących uzmysłowić im wady ich dzieci. Ci rodzice nie są zdolni do rozważenia i przyjęcia rzeczywistości, która nasunęłaby im niepomyślne wnioski.


Każda decyzja o charakterze wychowawczym opiera się na hipotezie często interpretowanej w sposób domyślny. Tymczasem interwencja musi wynikać z hipotezy poznawczej, która nadaje sens konkretnym wydarzeniom. Z tego właśnie powodu roztropność zawsze zajmuje pierwsze miejsce wśród czterech cnót kardynalnych. To ona przedstawia niezmienną zasadę rzeczywistości, że jeśli się zlekceważy rzetelne rozeznanie sytuacji, nie ma miejsca na skuteczną interwencję.


Klasyczna definicja roztropności przekazuje wielkie i proste stwierdzenie, że mądrość polega na znajomości wszystkich rzeczy tak, jak one przedstawiają się naprawdę.

 

W tradycyjnym wykazie cnót (roztropność, sprawiedliwość, męstwo, umiarkowanie) roztropność zawsze zajmowała pierwsze miejsce, ponieważ żadna inna cnota nie może być praktykowana z jej pominięciem. Jej pierwszeństwo jest konieczne, gdyż każde rozsądne działanie musi być oparte na dokładnym zrozumieniu rzeczywistości.


Można śmiało stwierdzić, że im lepiej rodzic rozezna sytuację dziecka, "odczyta ją w prawdzie" (w oparciu o cnotę roztropności), tym lepiej będzie wiedział, co powinien uczynić, aby jego reakcja dała dobry skutek wychowawczy (w oparciu o cnotę sprawiedliwości). Ponadto będzie umiał oprzeć się różnorakim słabościom, zmiennym emocjom, które mogłyby zakłócić jego osąd i wpłynąć na zmianę decyzji (cnota męstwa), oraz nauczy się działać z wyczuciem i interweniować we właściwy sposób (jak tego wymaga cnota umiarkowania).


Uczciwe postępowanie rodzicielskie i przemyślany (harmonijny) styl wychowawczy zakładają zatem wysiłek i trud poszukiwania właściwego klucza pomocnego w interpretowaniu zachowań dziecka. Kiedy się go znajdzie, staje się jasne to, co należy zrobić. Jednak błędne odczytanie zachowania powoduje niewłaściwą postawę wobec dzieci i wywołuje skutek odwrotny do zamierzonego.


W tym sensie żadna cnota moralna nie jest możliwa bez roztropności, pojmowanej jako matka wszystkich pozostałych cnót (prudentia dicitur genetrix virtutum). Spełnienie dobra zakłada więc znajomość rzeczywistości, ponieważ dobro zasadza się na prawdzie.
 

Więcej w książce: Serce dziecka - Osvaldo Poli

Skrzywdził cię ktoś w dzieciństwie?

Jeżeli w dzieciństwie zostaliśmy skrzywdzeni, może być tak, że zalęknione dziecko z przeszłości wciąż jest w nas obecne, utrudniając nam dorosłe życie.


Czasem dzieciństwo, zamiast być beztroskie, pełne jest lęku, poczucia winy i wstydu, które pojawiają się w życiu dziecka w wyniku trudnych i bolesnych doświadczeń. Pod wpływem traumatycznych przeżyć zaburzony zostaje prawidłowy rozwój psychospołeczny dziecka, a skutki traumy przenoszone są w dorosłość, przygniatając swoim brzemieniem nieraz na długie lata.


Osoby skrzywdzone w dzieciństwie w życiu dorosłym na zdarzenia, które wydają im się zagrażające, często reagują ucieczką, wycofaniem i rezygnacją albo agresywnym atakiem wynikającym z próby bronienia siebie i uniknięcia kolejny raz odrzucenia. Mają niskie poczucie własnej wartości i najczęściej są przekonane, że nie zasługują na nic dobrego. Jeśli coś takiego w ich życiu się wydarzy, nie potrafią się z tego cieszyć. Traktują szczęście jako niezasłużone. Czasami nawet aktywnie działają, niszcząc lub rezygnując z jakiejś relacji czy możliwości rozwoju, żeby przyspieszyć to, co i tak musi zostać im zabrane. Jako osoby przeżywające silne poczucie winy, które zostało im wszczepione w dzieciństwie, dążą do ukarania się - w miejsce "niezasłużonej radości" muszą zadać sobie "zasłużony ból".


Zranieni w dzieciństwie często także, bardzo pragnąc, a jednocześnie bojąc się bliskości, dążą do związków idealnych, w których nie tolerują najdrobniejszych konfliktów i zwyczajne rozbieżności zdań ze współmałżonkiem lub dzieckiem odbierają jako przejaw odrzucenia albo agresji, która ich głęboko rani i przeraża. Ten strach przed konfliktem powoduje unikanie jakichkolwiek sytuacji konfrontacyjnych, czyli wycofywanie się z większości relacji. Nieraz powoduje to uratę pracy, przyjaciół itd. Takie i inne zachowania często są efektem wychowywania się w rodzinach patologicznych, w których obecne były przemoc i alkohol, nie było żadnych norm moralnych i łamało się wszelkie zasady społeczne.


Jak pokazują badania, najbardziej raniącym rodzajem przemocy wobec dziecka, pozostawiającym po sobie głęboki ślad w psychice i pociągającym poważne problemy w późniejszym życiu, jest przemoc seksualna (Sajkowska M.). Dotyka ona wszystkich sfer funkcjonowania człowieka: fizycznej, psychicznej i duchowej. Najczęściej zawiera cechy wszystkich rodzajów przemocy. Jeśli sprawcą był członek rodziny, cierpienie dziecka stawało się większe i boleśniejsze. Poza ogromnym poczuciem strachu, poniżenia, wstydu, winy dziecko spotykało się z koniecznością zachowania tajemnicy, do czego mogło być w różny sposób nakłaniane, co potęgowało poczucie samotności, opuszczenia i lęku.


Beverly James ukazała, jak liczne i zróżnicowane dla dziecka są następstwa psychologiczne traumy wykorzystania seksualnego, które odciskają swoje piętno na jego dorosłym życiu.


- Poczucie winy - ukształtowane najczęściej przez sprawcę, który przypisuje dziecku winę, żeby oczyścić siebie. Poczucie winy kreowane jest również przez samo dziecko, gdyż przejęcie odpowiedzialności pozwala nadal żywić wobec sprawcy ciepłe uczucia oraz mieć złudną nadzieję, że kontroluje się sytuację. Człowiek dorosły z doświadczeniem przemocy seksualnej w dzieciństwie najczęściej izoluje się od innych, sam sobie wymierza karę, na przykład: samookaleczenia, samobójstwo, deprecjacja własnych osiągnięć, uzależnienia.


- Poczucie bezsilności - sprawca nakłada na dziecko obowiązek milczenia, zamykając je tym samym w pułapce bezsilności, gdyż nic i nikt nie może mu pomóc. Dziecko jest samo ze swoim strachem. Uczucia te pozostają u dorosłego, wywołując wycofanie z życia lub nadmierne kontrolowanie wszystkiego.


- Poczucie osamotnienia - zranienie przez najbliższych powoduje utratę zaufania, tłumienie i wycofywanie emocji, co u osoby dorosłej objawia się poprzez depresję, problemy psychosomatyczne (np.: chroniczne bóle, napięcia mięśniowe, zaburzenia oddechowe), unikanie bliskiego kontaktu, niepokój.


- Stygmatyzacja - czyli przekonanie, że wszyscy wiedzą, że jest się kimś gorszym z powodu tego, co się stało. Dorośli starają się radzić sobie z tym uczuciem poprzez gorączkowe dążenie do sukcesu, jednak nie potrafią uznać, że są wystarczająco dobrzy. Inne sposoby to przyjmowanie środków psychoaktywnych, czasem zachowania autodestrukcyjne, jak: ryzykowne sporty, samookaleczenia, próby samobójcze.  


- Erotyzacja - dziecko wykorzystywane seksualnie dostaje od dorosłego fałszywe informacje odnośnie do moralności i zachowań seksualnych. Jest nagradzane za takie zachowania, przez co zaczyna postrzegać siebie wyłącznie jako obiekt seksualny. Prowadzi to albo do koncentracji na sprawach seksu, np.: "Istnieję tylko jako ciało", albo do zupełnego unikania kontaktów seksualnych w dorosłości. Z badań wynika, że ponad 80% prostytutek (Kowalczyk-Jamnicka M.) było ofiarami wykorzystania seksualnego.


- Agresywność - doznane krzywdy budują przekonanie, że tylko poprzez wejście w rolę agresora można poczuć się bezpieczniej, kontrolować sytuację. Dorośli utrzymują takie zachowania - z agresywnych dzieci wyrastają agresywni dorośli.


Wymienione elementy mogą być skutkami każdego rodzaju przemocy. Z badań wynika, że oglądanie przemocy domowej ma taki sam wpływ na dzieci jak fizyczne i seksualne maltretowanie.


Warto wiedzieć, że krzywdy dzieciństwa nie zawsze są obecne wyłącznie w rodzinach patologicznych. Są rodziny, w których nie ma przemocy fizycznej ani seksualnej, ale brakuje szacunku do drugiego człowieka, ciepła, miłości oraz świadomości, że rozładowywanie frustracji na dziecku bardzo je krzywdzi. Od ofiar przemocy w rodzinie bardzo często pada jednoznaczne stwierdzenie, że to nie fizyczne zranienia są najboleśniejsze, ale że najbardziej dotykają słowo, mimika, gest, które utwierdzają dziecko w przekonaniu, że jest nikim. "Jesteś do niczego", "Nic z ciebie nie będzie", "Jesteś beznadziejny" - takie wypowiedzi najbliższych, nierzadko podkreślane wulgarnym, poniżającym słowem, palą we wspomnieniach przez całe życie.  Z badań wynika, że oglądanie przemocy domowej ma taki sam wpływ na dzieci jak fizyczne i seksualne maltretowanie.


W ostatnich latach coraz bardziej narasta zjawisko innego opuszczenia dziecka przez bliskich - tzw. sieroctwo duchowe. W takich rodzinach dzieci nie doznają przemocy fizycznej ani psychicznej, seksualnej czy zaniedbania. Wręcz przeciwnie są zadbane w każdej minucie życia. Tyle tylko, że nie dzieje się to z myślą o nich, lecz o ich narcystycznych rodzicach, którym dzieci służą do kreowania wizerunku rodziny. Rzeczywiste potrzeby dziecka nikogo nie interesują. Staje się ono środkiem do osiągnięcia celu, jakim jest obraz pełnej uroku rodziny.


Psychologiczne następstwa przemocy doświadczonej w dzieciństwie są nieraz bardzo duże i mogą przerażać. Jest jednak szansa na wyleczenie starych zranień, tak by skrzywdzone dziecko nie wpływało destrukcyjnie na losy dorosłego.


Zranienia te można wyleczyć poprzez psychoterapię. Nie jest ona procesem krótkim ani prostym, ale daje ogromne poczucie uwolnienia od cieni przeszłości i przywraca wolność patrzenia na siebie oraz na świat - nie poprzez przeżytą traumę, lecz w realnych wymiarach. autor:Dr Elżbieta Trubiłowicz - psycholog, pracownik naukowy KUL.Artykuł ukazał się w Zbliżeniach (www.pismozblizenia.pl) nr 7 pt. "Między uległością a agresją"

Czym nie jest homoseksualizm

autor: Gerard van den Aardweg

W trzech krótkich artykułach dokonam przeglądu najważniejszych kwestii dotyczących tematu homoseksualizmu (lub „pociągu do tej samej płci” – ang. same-sex attraction, SSA). Przedstawione stanowisko uważam za najlepszy wgląd w przyczyny i leczenie homoseksualizmu, gdyż jest ono wynikiem 45 lat badań i doświadczeń terapeutycznych.

Czytelnik zapewne chciałby się od razu zapoznać z moim poglądami na temat, skąd się bierze homoseksualizm, i poznać moją opinię o tym, co można z nim zrobić (zwłaszcza jeśli sam jest dotknięty tym problemem). Proszę o odrobinę cierpliwości: następne dwa artykuły dadzą na to odpowiedź. Będą one jednak lepiej zrozumiane, gdy najpierw zobaczymy, czym homoseksualizm nie jest. Co więcej, czytelnik będzie mniej skłonny do dawania wiary niektórym brzmiącym przekonująco, ale błędnym opiniom, jeśli zrozumie, skąd one się biorą oraz dlaczego tak wiele społecznych i zawodowych autorytetów ciągle je powtarza.
Poza tym istnieje ważny praktyczny powód, aby wpierw sprzeciwić się kilku fałszywym wyobrażeniom na temat homoseksualizmu, głęboko zakorzenionym w umysłach wielu ludzi – także tych z tendencjami homoseksualnymi. Te wyobrażenia rozprzestrzeniają się dzięki drukowanym i elektronicznym mediom i dają wykoślawiony obraz rzeczywistości homoseksualizmu, a w dodatku podkopują motywację osób o tej „orientacji” do opierania się swoim pragnieniom, zniechęcając je do podejmowania wysiłków w kierunku zmiany. A zatem to nie jest żaden luksus pokazywać oszukiwanemu społeczeństwu, że zachodni świat, który uważa siebie za racjonalny i oświecony, w odniesieniu do homoseksualizmu znajduje się w kleszczach ignorancji i mitologii.
Niewątpliwe nie wolno wierzyć większości informacji na temat SSA (same-sex attraction – „pociągu do tej samej płci”) podawanych przez media oraz społeczne i polityczne autorytety, ponieważ oparte są one zarówno na półprawdach, jak i na wierutnych kłamstwach. Ponurą i dziwną rzeczywistością jest to, że większość oficjalnych instytucji na Zachodzie – politycznych, społecznych, a nawet akademickich – skapitulowała wobec destrukcyjnej ideologii „gejowskiej”. Dziś ideologia ta jest narzucana światu poprzez rządzące polityczne i społeczne potęgi USA oraz UE przy wsparciu niemal nieprzerwanej propagandy mediów i przymusowej edukacji seksualnej dzieci w szkołach. Jest to nowoczesny przypadek umysłowej tyranii, prania mózgów. Społeczeństwo ma uwierzyć, że „orientacja” homoseksualna jest tak samo normalna i zdrowa jak heteroseksualność, a związki homoseksualne są równoważne autentycznemu małżeństwu pomiędzy mężczyzną i kobietą. Na pewno w głębi serca większość ludzi tak naprawdę nie jest i nigdy nie będzie przekonana co do prawdziwości tej ideologii. To, co jest nienormalne, nigdy nie jest odczuwane jako normalne. Jednak w wyniku indoktrynacji za pomocą sloganów typu „ktoś się takim urodził” lub „homoseksualiści są dyskryminowani” wielu ulega dezorientacji. Ludzie nie wiedzą, czy mogą dalej ufać swojemu zdrowemu rozsądkowi i zmysłowi moralnemu, i stopniowo uginają się wobec tego, czego społeczeństwo od nich oczekuje. Tym bardziej że szybka dechrystianizacja Zachodu znacznie zwiększyła podatność ludzi na ideologie i przesądy.
A zatem przede wszystkim nie wolno nam stracić naszego zdrowego rozsądku ani zmysłu moralnego. Nie ulegajmy wpływowi propagandy ani nie dajmy się zastraszyć przez społeczeństwo. Oczywiście jest to przykre i trudne, kiedy ktoś czuje pociąg do tej samej, a nie przeciwnej, płci. Nie pomoże mu się jednak poprzez taki rodzaj współczucia, który nie chce dostrzegać tego, co ewidentne, to znaczy że ta „orientacja” nie może być naturalna, a prowadzenie homoseksualnego życia w rzeczywistości degraduje godność osoby. Ludzka anatomia i fizjologia są bezsprzecznie ukierunkowane na rozmnażanie się, a zatem kiedy ta funkcja zostaje zablokowana ze względu na brak lub prawie brak emocjonalnego pociągu do przeciwnej płci, niewątpliwie coś jest nie w porządku. Dlatego jeśliby było nawet prawdą, że niektórzy ludzie rodzą się ze skłonnościami homoseksualnymi w efekcie czynników genetycznych, hormonalnych i mózgowych, to wcale nie czyni tych inklinacji normalnymi. Zaburzenie, nawet jeśli jest uwarunkowane genetycznie, pozostaje zaburzeniem. Niemniej pozwolę sobie tu dodać, że nie ma żadnych naukowych dowodów na prawdziwość poglądu, że homoseksualizm jest spowodowany przez hormony, geny lub osobliwości mózgu. Ku zaskoczeniu wielu, którzy zupełnie nie spodziewali się takiego wyniku i mieli nadzieję na znalezienie twardego dowodu na „biologiczną przyczynę” homoseksualizmu, badania z ostatnich 25 lat nie wykryły jakiegokolwiek jego fizycznego źródła. Zainteresowany czytelnik może zajrzeć do solidnego i ciekawego badania naukowego dowodu przeprowadzonego przez nowozelandzkiego naukowca Neila Whiteheada i jego żonę Briar: My Genes Made Me Do It! (Moje geny zmusiły mnie do robienia tego!; white@paradise.net.nz). Innymi słowy, nie ma żadnego powodu, aby uważać, iż ludzie o zainteresowaniach homoseksualnych są fizjologicznie, anatomicznie albo neurologicznie nienormalni lub wyjątkowi. Całe szczęście! To daje nadzieję. Jest przygnębiające, kiedy ktoś musi uważać, że jego organizm, mózg itp. ograniczają go: nie ma żadnego wyjścia! Co prawda, regularnie w profesjonalnych periodykach pojawiają się raporty sugerujące, że taki a taki czynnik może odróżniać homoseksualistów od innych, jednak po bliższym sprawdzeniu te „homoseksualne czynniki” okazują się wcale nie przyczynami, tylko po prostu osobliwymi cechami tej konkretnej grupy, która była badana. Nie odnajduje się ich w innych grupach ludzi z SSA.
Rzeczywistość jest taka, że nawet prestiżowe, specjalistyczne czasopisma w USA oraz UE oddają przysługę ideologii gejowskiej i promują społeczną „normalizację” homoseksualizmu, popierając ją dziwną mieszaniną odkryć i ideologii, która słusznie została nazwana „gejowską nauką”. Dlatego mogą one sprawić, że większość tak zwanych obiecujących odkryć jest ogłaszana „możliwym” wskazaniem na przyczynę biologiczną. Media nie czekają na potwierdzenie tych „wskazań” i trąbią o nich, jakby było niemal pewne, że homoseksualizm jest zapisany „w genach”, „w mózgu” lub „w hormonach”. Co ciekawe, kiedy po jakimś czasie to „obiecujące” odkrycie okazuje się niewypałem, prasa nagle przestaje o nim mówić. Zazwyczaj w owym czasie został już wysunięty i rozdmuchany nowy biologiczny „kandydat” – i ten nieprzerwany strumień sugestii sprawia wrażenie, że nauka jest w trakcie gromadzenia mnóstwa dowodów na genetyczne lub jakieś inne biologiczne przyczyny homoseksualizmu.
Dlaczego ruchy i organizacje, które dążą do socjalnej regulacji naszego społeczeństwa i kultury (m.in. potężne międzynarodowe organizacje głoszące rewolucyjną reformę seksualną i nastawione antyrodzinnie), przyjęły tę strategię? Ponieważ jest ona efektywna. Okazuje się, że ludzie są coraz bardziej skłonni uwierzyć, iż pociąg do tej samej płci jest dla niektórych normalny – i tym samym są gotowi zaakceptować/tolerować społeczne uznanie homoseksualizmu, ze wszystkimi tego skutkami: gejowskimi „małżeństwami”, adopcją dzieci przez gejowskie pary itd. – kiedy uwierzą, że jest on wrodzony, a nie jest spowodowany defektami lub problemami wychowania osobowego i rozwoju osobowości. Z tego powodu mit o urodzeniu się homoseksualistą musi zostać sprzedany jako fakt naukowy. Na korzyść tego mitu przemawia to, że odwołuje się on do odczuć wielu ludzi, uważających, że kobiecość lub wyraźne zniewieścienie, które charakteryzuje pewną grupę homoseksualistów, i widoczne „męskie” zachowania niektórych lesbijek muszą mieć biologiczne przyczyny. Stąd próby ożywienia starszej teorii, że męski homoseksualizm ma swoje źródło w nienormalnym skoncentrowaniu hormonów kobiecych w trakcie życia płodowego chłopca – i dlatego rozwinął się u niego „zniewieściały” mózg – oraz że lesbijki ucierpiały od wysokiej koncentracji prenatalnych hormonów męskich. Choć nieprawdziwe, poglądy te są bardzo atrakcyjne, ponieważ jest nam trudniej zrozumieć, że kobiecość u chłopców i mężczyzn oraz chłopięctwo lub męskie zachowania u dziewczynek i kobiet są „wyuczone”. Inaczej mówiąc, zachowania te mogą stać się przyzwyczajeniem w konsekwencji sposobu, w jaki dziecko jest wychowywane i traktowane przez rodziców, rodzeństwo i rówieśników, oraz przez postrzeganie samych siebie jako bardziej chłopców lub dziewczynki.
Pogląd, że SSA jest biologicznie uwarunkowaną naturalną „orientacją”, stanowi główny argument dla drugiego najbardziej efektywnego elementu gejowskiej propagandy. Mówi się o niesprawiedliwości i o zabieraniu ludziom mającym tę „inną naturę” „praw człowieka”, którymi cieszą się heteroseksualni. Taka niesprawiedliwa dyskryminacja winna być powstrzymana, a niesprawiedliwość należy naprawić. Kto chce pozbawiać ludzi tego prawa, zostaje obwołany „homowrogiem” lub „homofobem”, kimś cierpiącym na chorą awersję wobec homoseksualistów. A zatem z jednej strony ta propaganda powiela obraz homoseksualisty jako ofiary niesprawiedliwości, a z drugiej próbuje zastraszyć moralnie tych, którzy wahają się przed zgodą na tę ideologię. Argument niesprawiedliwości okazał się bardzo skuteczny w przekonywaniu wielu chrześcijan, gdyż odwołuje się on do poczucia sprawiedliwości, miłości bliźniego i współczucia oraz do strachu przed byciem uznanym za nieludzkiego, bezlitosnego bigota. Niemniej patrząc obiektywnie, to jest właśnie na odwrót. Promując homoseksualizm jako równoważny heteroseksualności i stawiając związki homoseksualne na jednej płaszczyźnie z prawdziwym małżeństwem, nie usuwa się niesprawiedliwej dyskryminacji, lecz kreuje się nową. To współczucie dla osób wykazujących pociąg do własnej płci jest fałszywe, gdyż nie opiera się ono na prawdzie, i po odrobinie refleksji można odkryć, że nie jest ono zgodne z miłością do tych osób. Co więcej, prowadzi ono do niesprawiedliwości wobec ich rodziców, członków rodziny, przyjaciół oraz potencjalnych żon i mężów. Powoduje ono także wielką niesprawiedliwość w stosunku do dzieci adoptowanych przez pary gejowskie. Stanowi poważne naruszenie godności poślubionych sobie osób i samego małżeństwa, które zostało zdegradowane do statusu równego perwersyjnym związkom, oraz godności młodzieży, która jest indoktrynowana zdeformowanym obrazem seksualności i relacji międzyludzkich. Normalizacja homoseksualizmu jest niszcząca dla całego społeczeństwa; wprawdzie konsekwencje tego nie od razu są widoczne dla wielu ludzi, ale niezadługo pokażą swoją obrzydliwą twarz.
To zrozumiałe, że wielu cierpiących na SSA woli słyszeć, że ich emocje są normalne, że mają prawo do działania zgodnie z nimi. Jednocześnie wielu z nich nie jest tego pewnych. Mają świadomość, że homoseksualny tryb życia jest daleki od satysfakcjonującego, ale nie widzą innych perspektyw i zarazem nie mają nadziei, że kiedykolwiek będą mogli się bez niego obyć. Uznająca homoseksualizm za rzecz normalną propaganda wzmaga ich fatalistyczny punkt widzenia. Jest to rodzaj współczucia, które mówi alkoholikowi, że nie ma nic złego w jego pragnieniu i że ma prawo je zaspokoić. Niemniej niektórzy początkowo utożsamiający się z gejowskim sposobem życia decydują się na poszukiwanie zmiany. Często dzieje się tak po życiowym kryzysie lub rozczarowaniach, kiedy człowiek zrozumie, że oszukiwał samego siebie, i odczuje bezsens swoich jednopłciowych związków, lub pod wpływem procesu religijnego nawrócenia. Nie potrzebują oni rozczulania się nad nimi, ale realnego współczucia, tj. prawa do wglądu w swoje psychologiczne i moralne zachowanie, oraz pomocy i dodawania odwagi, aby walczyli w dobrej walce opierania się i zmiany.
Ogólnie rzec ujmując, jest o wiele więcej „milczących cierpiących” z powodu homoseksualnych odczuć i fantazji, aniżeli się ogólnie uważa. Ci ludzie nigdy nie dojdą do przekonania, że ich uczucia są naturalne i normalne, a jeśli okazyjnie im się poddają i wchodzą w kontakt z partnerem, wynika to ze słabości, a nie dlatego, że stłumili swój zdrowy rozsądek i zmysł moralny. Do tej kategorii należy wielu młodych ludzi. Nie chcą oni określać się „homoseksualistami” i często na próżno poszukują konstruktywnej pomocy oraz przewodnictwa. Wojownicze organizacje gejowskie pogardzają nimi i traktują ich dokładnie tak samo, jak się same skarżą, że są traktowane, czyli po prostu odmawiają im ich praw. W gejowskiej ideologii nie ma miejsca na konstruktywne wsparcie tych, którzy pragną zmiany, a tym bardziej dla rozwoju i społecznego uznania terapii SSA. Co gorsza, próbuje się takich inicjatyw zakazać prawnie. Gejowscy adwokaci oraz ich polityczni i społeczni towarzysze mają usta pełne „różnorodności”, „tolerancji” i „praw człowieka”, ale nie tolerują różnorodności ani praw tych osób dotkniętych SSA, które odrzucają gejowski sposób bycia i poszukują zmiany. Ci ostatni ludzie stanowią zagrożenie dla ich monopolistycznej pozycji i dla sumień niektórych z nich. Z drugiej zaś strony dają oni innym dobry przykład.
Jeśli szczerze współczujemy młodym ludziom, którzy nabawili się homoseksualnych skłonności, musimy trzymać ich z daleka od zbyt łatwego, iluzorycznego rozwiązania polegającego na przyczepieniu sobie etykiety „jestem gejem”. Oni potrzebują odpowiedniego rodzaju edukacji seksualnej oraz osobistego przewodnictwa: wniknięcia w słabości emocjonalne i związane z charakterem, które pobudzają ich homoseksualne fantazje i pragnienia, oraz zrozumienia kompleksu niższości w odniesieniu do swojej męskości lub kobiecości, który motywuje takie pragnienia. Muszą zostać zmotywowani, aby walczyć, i nauczeni, jak walczyć ze swoimi słabościami (następny artykuł poruszy te zagadnienia). Ale przede wszystkim powinno się ich ostrzec przed kłamstwami propagandy gejowskiej, która życie geja przedstawia jako romantyczne i samospełniające się. Ich oczy muszą otworzyć się na zgubne efekty takiego życia: na frustracje i samotność, depresje i kryzysy, które staną ich udziałem, praktycznie nieuniknione zniewolenie seksem, znacznie podwyższone niebezpieczeństwo bycia wykorzystanym i zarażonym chorobami wenerycznymi (o AIDS nawet nie muszę wspominać). Wielkim brakiem współczucia jest nieprzeciwstawienie się kłamstwom propagandowym, zwłaszcza kiedy się ma świadomość, że to jabłko wygląda atrakcyjnie, ale w rzeczywistości jest śmiertelnie trujące. Jedynie wychowawcy seksualni, nauczyciele, lekarze lub przywódcy religijni, którzy są bardzo naiwni, ignoranccy lub ślepi na gejowską propagandę, mogą doradzać młodej osobie „coming out” i to, aby zaczęła szukać jednopłciowego związku.
Tam, gdzie ideologia gejowska zwycięża, szukający pomocy rodzice, członkowie rodziny, małżonkowie i przyjaciele młodocianych lub dorosłych homoseksualistów czy kobiet uwikłanych w lesbijskie związki są traktowani ozięble. Spotykają się z niewielkim lub żadnym zrozumieniem, rzadko kiedy z rozsądną radą i wsparciem ze strony lekarzy lub innych specjalistów. Raczej są przekonywani do zaakceptowania „orientacji” swego dziecka (brata, siostry, przyjaciela, męża, żony) i do bycia serdecznym wobec jego homoseksualnych kochanków. Uczucia i prawa męża homoseksualisty lub żony lesbijki mają górować nad uczuciami i prawami ich współmałżonka.
W wypadku rodziców dzieci, które wykazują niepokojący stopień zachowania i zainteresowań typowych dla przeciwnej płci (np. kwestia ubioru lub obsesyjnego pragnienia chłopca, aby być dziewczynką, i odwrotnie), co w rzeczywistości sygnalizuje tzw. zaburzenie tożsamości płciowej, podpowiada się im, aby postępowali w zgodzie z życzeniami dziecka, gdyż ono ma prawo rozwijać swoją własną, rzekomo naturalną, „tożsamość płciową”. Jest bardzo prawdopodobne, że dziecko takie nabawi się potem poważnych zaburzeń płciowych.
Niekiedy matka homoseksualisty może odczuwać dumę, że jej syn jest „niezwykły”, i przyłącza się do jego gry. W wypadku gdy jest on SSA, odnosi się ona do jego kochanków, jak gdyby byli oni jej synowymi; ale każdy, kto ją lepiej zna, spostrzeże, że oszukuje ona siebie i odgrywa nienaturalną rolę. Niemniej dla znacznej większości matek i ojców mających syna zdeklarowanego geja lub córkę lesbijkę, dla braci, sióstr i przyjaciół tego syna lub córki, a w wypadku gdy pozostają oni w związku małżeńskim – dla ich współmałżonków i dzieci zachowanie takiego gejowskiego dziecka, małżonka lub rodzica powoduje trwały smutek i ból. Często wzmaga się on przez to, że bliscy są świadkami jego (jej) stopniowej degradacji emocjonalnej i moralnej, lub nawet fizycznej.
Szczególnie bolesne jest położenie dzieci, których rodzice prowadzą gejowski tryb życia, oraz dzieci oddanych na wychowanie gejowskim parom w krajach, gdzie zostało to zalegalizowane. Stanowią one nową klasę porzuconych dzieci, wyprodukowanych przez współczującą gejom propagandę (gdyż gejowskie pary miałyby być ponoć dyskryminowane i cierpiały niesprawiedliwość, gdyby nie dano im równych praw rodzicielskich). Ich udziałem stał się los sierot z dawnych wieków: tęsknią za normalnymi rodzicami i ich normalną miłością, odczuwają wstyd, czują się gorsi i poniżeni, przede wszystkim zaś samotni. Nie znajdują oni bowiem zrozumienia w domu, ze strony nauczycieli, specjalistów, a ich oświecone środowisko zmusza ich do zaakceptowania sytuacji, w której się znaleźli, jako „właśnie normalnej”. Dawn Stefanowicz, córka aktywnego geja z Kanady, w swojej znakomitej autobiografii naświetla cierpienia takich dzieci i trudność, jaką mają one później w odnalezieniu równowagi emocjonalnej i pogodzeniu się ze swoimi rodzicami oraz ze swoją przeszłością (Out From Under: The Impact of Homosexual Parenting. Enumclaw WA: Annotation Press, 2007; www.dawnstefanowicz.com).
A zatem z powodu monopolistycznej pozycji ideologii gejowskiej w wielu zachodnich państwach mnóstwo fałszywych opinii zostaje narzuconych nieświadomemu społeczeństwu. Z drugiej strony prawda na temat homoseksualizmu oraz życia praktykujących gejów jest systematycznie dławiona i ukrywana przed świadomością ludzi. Tłumi się rzetelną informację o nierozerwalnym związku pomiędzy gejowskim stylem życia a niekontrolowaną swobodą seksualną, depresją, samobójstwami i neurotyczną uczuciowością. Także niezwykle powszechne wśród praktykujących homoseksualistów oraz lesbijek są choroby weneryczne, alkoholizm, nadużywanie narkotyków, niestała i konfliktowa natura oraz krótkotrwałość ich związków (zwłaszcza w przypadku par męskich). W szczególności tłumione – a jeśli to nie wystarcza, także wyszydzane i zawzięcie atakowane jako nienaukowe, przestarzałe i nieludzkie – są kwestie psychologii oraz terapii homoseksualizmu. Na szczęście jednak nowoczesne badania psychologii homoseksualizmu oraz jego źródeł w dzieciństwie i młodości bazują na dobrze udokumentowanych dowodach naukowych. Stąd też wojownicze oburzenie gejów na możliwości zmiany i przezwyciężenia SSA. Twierdzą oni, że gejowska „natura” jest niezmienna i że wszelkie wysiłki zmierzające do jej zmiany winny zostać zakazane jako łamanie praw człowieka. Na szczęście także takie przekonania są nieprawdą.
W następnych dwóch artykułach omówimy zagadnienie, czym właściwie jest homoseksualizm, oraz zastanowimy się, jak można homoseksualizm przezwyciężyć i jak mu można zapobiegać.

Jezus pozwolił mi abym wróciła i opowiedziała to co widziałam...

Apel do sumień świadków Jehowy

autor: Mirosław Rucki

Co się dzieje, kiedy „świadek Jehowy” pozna Prawdę? Musi wybrać pomiędzy nią a nauczaniem „ciała kierowniczego” swojej organizacji. Jeśli pójdzie za głosem sumienia, traci wszystko: majątek, pracę, przyjaciół, a nawet rodzinę. Stawka jest bardzo wysoka, a jednak miliony „świadków” porzucają szeregi Towarzystwa Strażnica.

Czy nauczanie „Strażnicy” jest biblijne?

Czasami teksty „Strażnicy” i innych publikacji Świadków Jehowy stwarzają wrażenie, że tej sekcie na niczym tak bardzo nie zależy, jak na poprawnym rozumieniu i stosowaniu w życiu biblijnych zasad. Prawda jest jednak taka, że Przekład Nowego Świata, z którego korzysta prawie 6 mln Świadków, został wykonany przez zespół ludzi, z których tylko jeden (Fred Franz) miał jakie takie pojęcie o języku Nowego Testamentu, gdyż studiował starożytną grekę przez dwa lata, natomiast w hebrajskim był samoukiem.

Jeszcze ciekawiej wyglądała sprawa z dziełem Pomoc do zrozumienia Biblii (Aid to Bible Understanding), nad którym pracował R. Franz. Badając zagadnienia związane z rzekomym objęciem królowania przez Jezusa Chrystusa w roku 1914, odkrył on poważny błąd w obliczeniach uznanych za podstawę tej doktryny. Mianowicie, obowiązujące do dziś nauczanie o 1914 roku bazuje na proroctwie Daniela o „siedmiu tygodniach”, które według Świadków wynoszą 2520 lat, a ich początek liczony jest od zdobycia Jerozolimy przez Nebukadnezara w roku 607 przed Chr. Okazało się jednak, że żaden dokument biblijny, historyczny lub archeologiczny nie potwierdza, by Jerozolima padła w roku 607. Wszystkie istniejące dowody wskazują na rok 588/587 przed Chr., czyli 20 lat później. R. Franz pisze, że nie znaleziono absolutnie nic, co od strony historycznej mogłoby podtrzymać datę 607 rok p.n.e. „Stało się dla nas jasne, że jeśli rzeczywiście nasza data miałaby być właściwa, starożytni pisarze musieliby się dosłownie zmówić – bez żadnych wyobrażalnych powodów ku temu – w celu fałszywego przedstawienia faktów” (R. Franz, Kryzys sumienia, s. 30).

Źródło nieomylnych doktryn

Spośród świadków Jehowy bardzo niewielu ma ja­sne pojęcie o tym, jak funkcjonuje centralny organ ich organizacji. Nie wie­dzą, jak podejmowane są decyzje w sprawach dotyczących nauki i doktryny, nie posiadają informacji, jak Ciało Kierownicze kieruje ich działalnością na całym świecie, jak prowadzi swoje dyskusje, nie wiedzą, czy decyzje są jednomyślne i co się robi w przypadku braku jednomyślności.
Ogromna większość świadków Jehowy była i jest przekonana, że o poprawności i nieomylności interpretacji tekstów biblijnych decyduje „ciało kierownicze”, składające się z „pomazańców”, którym Jehowa udzielił specjalnej mądrości i światła. W rzeczywistości jednak – przynajmniej do lat 70. XX w. – „ciało kierownicze” składało się z jednej, najwyżej dwóch osób, które w dodatku nie posiadały niezbędnej znajomości Biblii. Pierwszy prezes był łagodnym człowiekiem, drugi był surowy i autokratyczny, następny raczej przypominał biznesmena – ale każdy z nich sprawował władzę duchową nad wszystkimi członkami Towarzystwa Strażnica. Rozstrzygnięcia doktrynalne tego jednoosobowego „ciała kierowniczego” opublikowane w „Strażnicy” miały bezpośredni wpływ na zachowanie całej kilkumilionowej społeczności jehowitów. Te pojedyncze osoby decydowały, jaka jest wola Jehowy w każdej dziedzinie życia jego „świadków”. Kiedy Joseph F. Rutherford, drugi z kolei prezes Towarzystwa Strażnica, rozstał się z żoną i czuł zbliżającą się śmierć, doktryna Świadków Jehowy nabrała kolorytu apokaliptycznego: z dnia na dzień miał nastąpić koniec świata, w związku z czym obowiązywał zakaz zawierania związków małżeńskich. Kiedy po wielu latach ten koniec nie nastąpił, a kolejny prezes Strażnicy się ożenił, zniesiono zakaz zawierania małżeństw. Co to ma wspólnego z nieomylną wolą Jehowy, który udziela coraz więcej światła? Obawiam się, że nic.
Z pewnością nie da się wytłumaczyć „większą ilością światła” takich posunięć, jak nieuznawanie np. seksu niezgodnego z naturą (homoseksualizm, zoofilię itp.) za zdradę małżeńską. Znany jest przypadek, kiedy mężczyzna systematycznie uprawiał seks ze zwierzęciem, a władze religijne Świadków nie uznawały tego za cudzołóstwo i nie pozwalały jego żonie na odejście. Dopiero po wielu latach „ciało kierownicze” dowiedziało się, że Biblia jednakowo nie toleruje ani cudzołóstwa, ani rozpusty, do której należy zaliczyć wszelkie niezgodne z naturą akty seksualne. Ponieważ całe chrześcijaństwo wiedziało o tym przez wieki, zmiany doktrynalne w gronie Świadków Jehowy wyglądają raczej na „zaćmienie” niż na „otrzymywanie nowego światła”. Negują bowiem rzeczy oczywiste i od dawna znane tylko po to, by po kilkudziesięciu latach do nich powrócić...

Fałszowanie własnej historii

W ciągu 30 lat, od roku 1969 do 1999, prawie milion świadków Jehowy wystąpił z tej organizacji. Znaczna liczba z nich uczyniła to z powodu kolejnego niezaistniałego końca świata w 1975 roku, a także w wyniku ukazania się w 1983 roku publikacji Kryzys sumienia, ujawniającej prawdę o funkcjonowaniu Towarzystwa Strażnica. W odpowiedzi na ten jawny kryzys Towarzystwo wydało książkę Świadkowie Jehowy – głosiciele Królestwa Bożego, która miała ukazać „ciało kierownicze” i całą organizację w korzystnym świetle, po to aby powstrzymać falę odejść.
Na szczęście, wszystkie dotąd opublikowane numery „Strażnicy”, „Przebudźcie się!” i innych czasopism Świadków Jehowy są dostępne – i każdy może przeczytać w nich, jak wyglądało i jak zmieniało się nauczanie tej sekty. Porównanie tych publikacji z książką Świadkowie Jehowy – głosiciele Królestwa Bożego jest bardzo niekorzystne dla wizerunku Świadków, ponieważ wykazuje mnóstwo błędów i celowe zafałszowanie historii.
Przykładowo autorzy książki twierdzą, że prezesi Towarzystwa nigdy nie byli traktowani jako wodzowie, ponieważ „roztropny sługa” w Ewangelii wg św. Mateusza (Mt 24,45-47) oznacza „klasę kierowniczą”. Tymczasem w „Strażnicy” przez kilka lat można było czytać, że „roztropny sługa” to jedna osoba, i to w dodatku prezes Charles T. Russel. Podobnie jego następca J.F. Rutherford zabiegał o to, by objąć pełną i totalną kontrolę nad organizacją. W kolejnych numerach „Strażnicy” jest on nazywany „naszym wodzem”.

Ciężkie pieniądze

Towarzystwo Strażnica obraca ogromnymi pieniędzmi, których ilość jest ukrywana przed wszystkimi Świadkami Jehowy. Roczny raport 1978 wymienia sumę 332 mln USD jako wartość własności Towarzystwa (posiadłości, depozyty itd.). Tylko pojedyncze osoby znają dokładniej naturę polityki finansowej Towarzystwa. Niewątpliwie dzisiejszy majątek Towarzystwa znacznie przekracza tę sumę.
Tak więc wiele danych, które w innych organizacjach religijnych są w miarę powszechnie podawane do publicznej wiadomości ich członków, ogromna większość Świadków Jehowy zna tylko w zarysie lub zgoła nic o nich nie wie. Zapewne są przekonani, że ani jeden grosz nie jest marnowany, ale wydaje się, że niewielu jest wśród nich naiwniaków, którzy pochwaliliby takie inwestycje, jak np. „Dom Książąt” w Kalifornii. Dom ten był ogromnym pałacem wysokiej klasy, przygotowany dla zacnych mężów Starego Testamentu, którzy mieli w nim zamieszkać po swoim zmartwychwstaniu. Tymczasem aby rezydencja nie stała odłogiem, spędzał w niej zimy Brat Rutherford. Nic dziwnego, że o takich rzeczach nie wypada mówić wszystkim, gdyż jeszcze ktoś by zwątpił – no bo jak i dlaczego zmartwychwstali patriarchowie mieliby się przeprowadzić z Izraela do Kalifornii i mieszkać akurat w tym budynku? Zresztą, na początku lat 40. ub. stulecia „Dom Książąt” został sprzedany, a wiara w powrót wiernych mężów Starego Te­stamentu przed Armagedonem została porzucona. Zaufanie jehowitów jest co najmniej nadużywane, a przecież wielu z nich szczerze i chętnie oddaje wszystko swojej organizacji. Aż dziwne, że nikt z nich nigdy nie zapyta, co się dzieje z ich pieniędzmi...

Kryzys sumienia

Jak powinien zachować się świadek Jehowy, który ufa nieomylności doktryny „Strażnicy” (czasopisma Świadków Jehowy), a potem się dowiaduje, że powstaje ona w wyniku prywatnych przeżyć pojedynczego człowieka? Jak powinien zachować się świadek Jehowy, który wierzy w biblijne interpretacje „Strażnicy”, a potem odkrywa, że ani tłumacze ich przekładu Biblii, ani autorzy artykułów nie znają ani języków biblijnych oraz historii? Jak powinien zachować się świadek Jehowy, który pragnie służyć ludziom, a musi aprobować decyzje Zarządu, niezgodne z nauczaniem Biblii i ze zdrowym rozsądkiem? Taki człowiek musi rozstrzygnąć w swoim sumieniu, czy iść za Prawdą, czy pozostawać w zafałszowanej organizacji, wprowadzającej w błąd miliony ludzi. Decyzja o odejściu nie jest łatwa. Świadkom Jehowy bowiem zabrania się utrzymywania kontaktów z tymi, którzy opuścili ich sektę. Najbliżsi przyjaciele i nawet najbliższa rodzina nie mogą ani spotykać się, ani z nimi rozmawiać, dlatego niejeden decyduje się na zagłuszanie sumienia w imię „świętego spokoju” i zachowania tego wszystkiego, co dotychczas osiągnął.

Są jednak również tacy, którzy wybierają Prawdę. Jednym z nich jest Raymond Franz – świadek Jehowy z urodzenia, wieloletni głosiciel i „pionier specjalny” Strażnicy, autor wielu opracowań doktrynalnych i członek „ciała kierowniczego”. Jego świadectwo o funkcjonowaniu Towarzystwa i jego wpływie na życie poszczególnych jehowitów jest niepodważalne, ponieważ pochodzi z pierwszej ręki, zawiera mnóstwo materiałów źródłowych i podaje do wiadomości wiele faktów, ukrywanych przed szeregowymi członkami organizacji. Warto je rozważyć, zanim uwierzysz w naukę Świadków Jehowy. Warto z książką Kryzys sumienia zapoznać każdego uwikłanego w tę sektę. Ukazanie Prawdy jest naszym obowiązkiem – a dokonanie wyboru na podstawie znajomości faktów jest kwestią sumienia każdego indywidualnie

Dlaczego Jehowi ciągle zmienią zdanie?

 

autor: Mirosław Rucki

Według nauczania „świadków Jehowy”, tylko oni mają dostęp do Prawdy, tylko oni wiedzą, co Jehowa myśli na dany temat, i tylko oni zawsze dokładnie i bezkompromisowo tę wolę spełniają. Gdyby tak było, musielibyśmy przyjąć, że Jehowa jest kapryśny, niekonsekwentny i niezdecydowany. Wygląda jednak na to, że po prostu „świadkowie Jehowy” są dalecy od prawdy i nie mają zielonego pojęcia o prawdziwej naturze Boga, którego możemy poznawać poprzez Biblię i nauczanie Kościoła.

Nieomylna interpretacja „bestii”

Nauczanie Towarzystwa Strażnica czasami nawet przyciąga swoim radykalizmem. Jednak w odróżnieniu od „teologów” z Brooklynu Pan Jezus był konsekwentny od początku do końca i nigdy nie zmienił zdania w żadnej kwestii: to, co uważał za grzech, uważał za grzech zawsze, a to, co uważał za cnotę, uważał za cnotę zawsze.

Niestety, „świadkowie Jehowy” nie mogą się poszczycić czymś takim jak konsekwentne poznawanie Prawdy. Jednym z dobitnych przykładów tego jest ich interpretacja postaci nazwanej bestią w Apokalipsie 17, 3-6. Zaczynając od 1942 roku, Towarzystwo Strażnica lansuje pogląd, że autor natchniony w obrazie bestii „zaszyfrował” Ligę Narodów, która potem przekształciła się w ONZ. Dowodem tożsamości owej bestii miało być proroctwo: „Bestia, którą widziałeś, była i nie ma jej, ma wyjść z Otchłani, i zdąża na zagładę” (Ap 17,8). Rzekomo spełniło się ono w 1942 r., kiedy to „Liga Narodów pogrążyła się w otchłani bezczynności”. Następnie zaś „wyszła z otchłani” jako Organizacja Narodów Zjednoczonych, która według nieomylnych świadków Jehowy jest „bluźnierczą imitacją mesjańskiego królestwa Bożego” (cytuję za: R. Franz, Kryzys sumienia, s. 183-184).

Kłopot polega na tym, że w roku 1991 Towarzystwo Strażnica złożyło wniosek do Departamentu Publicznej Informacji ONZ o stowarzyszenie i zostało przyjęte jako organizacja pozarządowa. Jak potwierdza oficjalny dokument podpisany przez P. Hoeffela, kierownika Departamentu, „organizacja zgodziła się sprostać kryteriom stowarzyszenia, do których zalicza się popieranie i respektowanie zasad Karty Narodów Zjednoczonych”. Zatem, w świetle wcześniejszych nauk samego Towarzystwa Strażnica, zostało ono współuczestnikiem „nierządu” oraz instytucją popierającą demoniczny i bluźnierczy „światowy porządek” reprezentowany przez apokaliptyczną bestię.

Najciekawsze jednak jest to, że w roku 2001, prawie 10 lat później, Towarzystwo Strażnica poprosiło o zakończenie stowarzyszenia w DPI ONZ. Gdybym był „świadkiem Jehowy”, zacząłbym się poważnie zastanawiać, czy warto ufać nauczycielom, którzy narzucają mi „jedynie słuszną” interpretację Pisma świętego, nie stosują się do niej, a następnie zmieniają zdanie i udają, że nic się nie stało.

Nauka o krzyżu

Jeśli chodzi o narzędzie męki Chrystusa, to oficjalne nauczanie „świadków Jehowy” zaprzecza samo sobie i całkowicie dyskwalifikuje tę sektę jako absolutnie niegodną jakiegokolwiek zaufania. O historycznych i archeologicznych dowodach tego, że Jezus Chrystus musiał ponieść śmierć właśnie na krzyżu, a nie na palu, pisałem już w artykule Sensacje świadków Jehowy („Miłujcie się!”, nr 1-2007). Wymienię tylko dla przypomnienia świadectwa starożytnych autorów, m.in. Justyna Męczennika (ok. 135 r. n.e.), Minucjusza Feliksa (ok. 160 r.) oraz Tertuliana (ok. 195 r.), a także archeologiczne znaleziska: szkielet człowieka imieniem Jochanan ukrzyżowanego w czasach Chrystusa, znaki krzyża na chrześcijańskich grobowcach z I-II wieku odnalezionych w katakumbach Góry Oliwnej, graffiti i rysunki z III wieku ukazujące Chrystusa przybitego do krzyża. To wszystko powinno zastanowić każdego, kto od roku 1969 czyta w wydanym przez Towarzystwo Strażnica tekście Biblii Kingdom Interlinear Bible (s. 1157) zapewnienie, że „przyszłe archeologiczne odkrycia z pewnością potwierdzą słuszność tego nauczania”. Odkrycia archeologiczne bowiem dowodzą właśnie, że „świadkowie” sami są w błędzie i wprowadzają w błąd innych.

 

W tej chwili jednak chcę skupić się na czymś innym – mianowicie na nieomylnym nauczaniu, które, jeśli jest naprawdę nieomylne, powinno być również konsekwentne i spójne.

Otóż założyciel i pierwszy prezes Towarzystwa Ch.T. Russel przyjął jako symbol królowania Chrystusa właśnie krzyż otoczony koroną. Symbol ten był umieszczany na okładce „Strażnicy” aż do roku 1931. W 1919 roku została wydana w języku polskim w nakładzie 5 245 000 egzemplarzy książka Russela  Boski plan wieków, w której na s. 300 zostało wypowiedziane proroctwo: „Jak w czasie żniw Żydowskiego Wieku (czyli w pierwszym wieku chrześcijaństwa), krzyż Chrystusowy był dla Żydów kamieniem obrażenia, a dla uczonych Greków głupstwem, tak samo w czasie żniw wieku Ewangelii również będzie kamieniem obrażenia i opoką zgorszenia”.

Jeszcze w wydanej w roku 1928 (wydanie polskie) książce Pojednanie J.F. Rutherford pisze, iż tego, „że dziecię to narodziło się z panny Marji, w Betlejemie wyrosło do stanu męskiego i następnie umarło na krzyżu w Jeruzalemie, dowodzi nie tylko fakt biblijny, ale nawet i historia świecka to potwierdza” (s. 117). Jednak ten sam autor kilka lat później w książce Bogactwo (wydanej po polsku w 1936 r.) wykazał, że „Jezus został ukrzyżowany nie na krzyżu z drzewa, jak przedstawione jest na licznych obrazach i malowidłach, zrobionych i wystawionych przez ludzi. Jezus został ukrzyżowany w ten sposób, że jego ciało przybito do pnia” (s. 23).

Oczywiście, można byłoby udawać, że po prostu nieomylne Towarzystwo Strażnica było w błędzie i w 1936 roku poznało prawdę. I kłopot nie tylko w tym, że owa „prawda” okazała się niezgodna z faktami, dostarczonymi przez archeologię i historię. Prawdziwym problemem jest to, że Towarzystwo Strażnica dobrowolnie zaliczyło siebie do „wrogów krzyża Chrystusowego”, dla których krzyż jest „kamieniem obrazy”, zgodnie z zapowiedzią własnego założyciela! Zatem musiał się pomylić prorok Russel albo Rutherford, albo ich następcy, albo oni wszyscy razem wzięci, ponieważ wszyscy jednocześnie nie mogą mieć racji. A przecież w roku 1995 polskie wydanie „Strażnicy” ogłosiło, że „narzędzie, na którym Jezus zawisł i skonał, (...) powinno budzić odrazę” (15 maja, s. 20).

Ciekawe, że na tej samej stronie można znaleźć zdanie: „Ale przecież nie istnieje coś takiego, jak połowiczna wierność. Albo ktoś jest wierny, albo nie”. Trudno odmówić temu słuszności, ale nie można zgodzić się na niekonsekwencje w nauczaniu: albo ktoś odkrywa Prawdę i jej naucza, albo błądzi. Nie można błądzić po części, bo kto błądzi przynajmniej po części, wszak błądzi. Jeśli więc ktoś szanuje krzyż Chrystusa i naucza, że w czasach ostatecznych będzie on „opoką zgorszenia”, a potem wbrew znanym faktom naucza, że krzyż Chrystusa nie istniał, aż w końcu twierdzi, że krzyż jako narzędzie męki Chrystusa powinien budzić odrazę – to jak tu mówić o nieomylności i poznawaniu Prawdy?

I z pewnością nie da się tej chwiejności przypisać Jehowie, którego „świadkowie” obarczają odpowiedzialnością za wszystkie swoje błędy, za każdym razem twierdząc, że ich nauczanie jest absolutnie zgodne z Jego wolą. Gdyby bowiem rzeczywiście Jehowa prowadził swoich „świadków”, musiałby być skrajnie chwiejny i niezdecydowany, i nieobeznany w sprawach Biblii, historii, moralności i zwykłej ludzkiej logiki.

Przepowiednie i zuchwalstwo

Wracając do książki R. Franza Kryzys sumienia, chcę zwrócić uwagę na stopień, w jakim niespełnione przepowiednie wpływają na najżywotniejsze interesy milionów ludzi.

Okazuje się, że 1 kwietnia 1972 roku „Strażnica” (wydanie angielskie) opublikowała artykuł pt. Poznają, że prorok był wśród nich. Tekst wykazuje, że w czasach współczesnych Jehowa ma proroka, który „ogłasza rzeczy przyszłe”. Według autorów, „fakty wskazują na to, że istnieje taki prorok”. 1 maja 1997 „Strażnica” wyjaśniła: „Jehowa Bóg pozwala rozpoznać swych prawdziwych posłańców. (...) Potrafi też zdemaskować fałszywych posłańców. Jak tego dokonuje? Ich znaki i przepowiednie obraca wniwecz, czym dowodzi, że (...) ich orędzia opierają się na fałszywym rozumowaniu, głupocie i cielesnym sposobie myślenia” (s. 8).

W nauczaniu „świadków Jehowy” rok 1914 jest datą kluczową. Na niej opiera się w dużej mierze struktura doktryny oraz struktura władzy w tej organizacji. Obecnie naucza się, że od roku 1914 Jezus jest „obecny”, ale niewidzialny; że rozpoczął się już sąd nad całym światem; że Jezus oficjalnie przejął królestwo i rozpoczął aktywne panowanie nad całą ziemią; że od tego roku rozpoczęły się „dni ostatnie”; że 3 i pół roku później (czyli w roku 1918) rozpoczęło się zmartwychwstanie namaszczonych chrześcijan, a Jezus wyznaczył sobie wśród „świadków Jehowy” tzw. klasę niewolnika wiernego i roztropnego. Ta właśnie klasa jest jedynym kanałem informacyjnym, za pośrednictwem którego oświeca On swoje sługi na całej ziemi. Usunięcie tego roku z doktryny oznaczałoby dosłownie załamanie się struktury doktrynalnej i organizacyjnej Towarzystwa Strażnica.

 

A jednak dzisiaj niewielu „świadków” wie, że od roku 1879 do końca lat 20-tych XX wieku proroctwa publikowane w „Strażnicy” wyznaczały dla każdego z tych punktów zwrotnych zupełnie inne daty. Między innymi jeszcze w roku 1929 nauczano, że niewidzialna obecność Chrystusa na ziemi rozpoczęła się w roku 1874. Przez kilkadziesiąt lat „Strażnica” twierdziła, że oficjalne panowanie Chrystusa rozpoczęło się w 1878 roku (dopiero w 1922 r. „przeniesiono” to wydarzenie na rok 1914). Przez pół wieku „Strażnica” nauczała, że „dni ostatnie” rozpoczęły się w roku 1799, i przez ponad 40 lat wmawiała swoim czytelnikom, że zmartwychwstanie namaszczonych chrześcijan zaczęło się w roku 1881. Od swego początku „Strażnica” pisała, że w roku 1914 dokona się zniszczenie wszystkich ludzkich instytucji tego świata, co w sposób oczywisty nie nastąpiło.

I znowu problem polega nie na tym, że ktoś się pomylił w obliczeniach. Najgorsze jest to, że obliczenia te były podstawą do odsądzania od czci i wiary każdego, kto odważył się je kwestionować. Owe daty podawano jako coś ogromnie ważnego i kwestionowano prawowierność tych, którzy bagatelizowali te proroctwa. Daty te nazywano „datami Bożymi”, które są „dobrze ustaloną prawdą” „definitywnie wyznaczoną w Piśmie świętym”.

Podsumowanie

W tym momencie powinniśmy uznać, że „świadkowie” sami strzelili sobie gola. Jeśli bowiem „Strażnica” przekonuje nas, że Bóg obala fałszywe proroctwa, tym samym wykazując głupotę samozwańczych proroków, to musimy konsekwentnie przyjąć, że ta sama „Strażnica” dostarcza nam ogromnej liczby niespełnionych proroctw i chybionych przepowiedni.

I musimy przyznać, że prawdziwy błąd popełnia człowiek, który przyjmuje prorocze stwierdzenia „Strażnicy”, dostosowuje swoje życie do tych przepowiedni, zniekształca własne patrzenie na świat i na życie tylko po to, by doznać rozczarowania w obliczu rzeczywistości.

Za co świadkowie Jehowy oddają życie?

autor: Mirosław Rucki

Wydawać by się mogło, że „świadkowie Jehowy” oddają życie za swoją wierność Bogu i Jego Słowu. Z pewnością, wielu z nich szczerze wierzy, że tak jest. W rzeczywistości jednak są ofiarami oszustwa i manipulacji, które nic nie mają wspólnego z biblijnym nauczaniem...

Kto w „Towarzystwie Strażnica” przejmuje się Biblią?

 Jakieś dwadzieścia lat temu po raz pierwszy zetknąłem się z publikacjami „świadków Jehowy” (były porozrzucane w przedziałach pociągu, którym jechałem). Byłem zdumiony, jak wiele jest w nich cytatów z Biblii, nie mających rzeczywistego przełożenia na to, czego rzeczywiście Biblia naucza. Nie mogłem wtedy pojąć, jak można czytać Pismo święte i wyznawać sprzeczną z nim religię.
 
Później wielokrotnie spotykałem się i rozmawiałem ze „świadkami”, zadawałem im pytania i próbowałem odpowiedzieć na ich pytania. Oni chętnie cytowali Biblię, ale kiedy zamiast „Strażnicy” sięgaliśmy do tekstów Słowa Bożego, zazwyczaj zmieniali temat. Nabrałem przekonania, że przynajmniej na poziomie zwykłych członków tej organizacji znajomość Pisma św. jest raczej rzadkością. Teraz wiem, że dzieje się tak również na wyższych szczeblach urzędu nauczycielskiego „świadków Jehowy”.

 

Raymond Franz przez 9 lat był członkiem Ciała Kierowniczego Towarzystwa Strażnica, zanim opuścił szeregi „świadków”. Przypomnę tylko, że Ciało Kierownicze zaczęło mieć realną władzę dopiero w roku 1976; do tego momentu „świadkami Jehowy” zarządzał jednoosobowo kolejny prezes Towarzystwa, który decydował, jaka jest wola Boga w jakiejś sprawie (zob. „Miłujcie się!”, nr 1-2012). Zdarzało się niejednokrotnie, że nawet wiceprezes Towarzystwa wygłaszał przemówienia stojące w ewidentnej sprzeczności z oficjalną nauką „Strażnicy”. W swojej książce Kryzys sumienia R. Franz wspomina o takiej wypowiedzi wiceprezesa: „Każdemu indywidualnemu Świadkowi, który przedstawiłby dziś takie argumenty, zostałoby to poczytane za wygłaszanie heretyckiej, buntowniczej mowy. (...) Wyglądało na to, że słowo Boże jest czymś, co można dopasować do jednego poglądu – gdy okoliczności temu sprzyjają, i do poglądu całkowicie z nim sprzecznego – gdy okoliczności ulegną zmianie”. Jak to jest możliwe, że tylko pojedynczy „świadkowie Jehowy” zauważają takie rzeczy?

 

Okazuje się, że członkowie Ciała Kierowniczego nie mieli nigdy czasu na studiowanie Biblii. Byli zajęci pracą papierkową. Kiedy dostarczano im do zatwierdzenia materiał przygotowany do publikacji w „Strażnicy”, często go nawet nie czytali lub czytali pobieżnie, a dokładnego studium praktycznie nikt nie robił. R. Franz pisze: „Nie było powodu wątpić w to, że naprawdę byli zajęci. Przychodziło mi jednak na myśl pytanie: jak z czystym sumieniem mogą oni głosować za przyjęciem materiału, skoro nie mieli oni czasu na przemyślenie jego treści, na zbadanie, co Pismo święte mówi na ten temat? Materiał raz opublikowany miał być uznany przez miliony ludzi za »prawdę«. Która ze spraw papierkowych mogła być w takiej sytuacji ważniejsza?”.

 

Zatem przez wiele dziesięcioleci jednoosobowo prezes Towarzystwa Strażnica (żaden z prezesów nie miał głębokiej wiedzy biblijnej ani odpowiedniego wykształcenia), a od roku 1976 Ciało Kierownicze wypuszczali w świat nauki o wadze dogmatów, wpływające na życie milionów „świadków Jehowy”, ingerujące głęboko w ich prywatne życie i zmuszające ich do podejmowania trudnych decyzji – praktycznie bez rzetelnej wiedzy, co naprawdę mówi na ten temat Pismo św. „Czy może ślepy prowadzić ślepego?” (Mt 15,14).

 

Czym zajmuje się Ciało Kierownicze „świadków Jehowy”?

 R. Franz przyznaje: „Przeglądając notatki ze spotkań [Ciała Kierowniczego], zauważam, że najbardziej wysuwającym się na czoło, stałym i czasochłonnym ich elementem są dyskusje nad sprawami sprowadzającymi się ostatecznie do pytania: »Czy sprawa wiąże się z potrzebą wykluczenia ze społeczności?«”. Gdybym był członkiem tej organizacji, musiałbym się zaniepokoić. Zapewne większość „świadków Jehowy” wierzy, że największą troską Towarzystwa Strażnica jest ewangelizacja lub przynajmniej rozwój duchowy członków organizacji. Zamiast tego kierownictwo większość swego czasu poświęca wymyślaniu trudnych do wykonywania reguł i karaniu tych, którzy nie są w stanie „tych ciężarów dźwigać” (Mt 23,4).

 

Najgorsze jednak jest to, że w tych dyskusjach Ciało Kierownicze praktycznie nie odwoływało się do Pisma św. Wyrocznią w każdej sprawie dyscyplinarnej były dogmatyczne księgi Towarzystwa Strażnica pt. Organization („Organizacja”) lub Aid to Answering Branch Office Correspondence („Pomoc do odpowiedzi na korespondencję biur oddziałów”). Można w nich znaleźć wytyczne co do sposobu postępowania w sprawie małżeństwa, rozwodu, zatrudnienia, wojska, związków zawodowych itp. Jeśli w tych księgach udawało się odszukać odpowiedź na rozpatrywane pytanie, uznawano sprawę za rozstrzygniętą bez odwoływania się do Biblii.

 

Wynika z tego, że w większości spraw autorytetem dla Ciała Kierowniczego jest to, co oni sami lub ich poprzednicy uważali za słuszne. Gdzie w tym wszystkim jest szukanie woli Boga i pełnienie tej woli?

 

Cierpienie w imię czego?

 

Byłoby dobrze, gdyby każdy człowiek zadawał sobie to pytanie. Wówczas, ofiarowane Jezusowi, każde cierpienie stawałoby się zbawienne i przyczyniałoby się do chwały Boga. Jednak w przypadku „świadków Jehowy” sprawa jest jednoznaczna: ze względu na niebiblijne nauki ludzkie narażają oni siebie i swoich bliskich na cierpienie i nawet na śmierć, wierząc, że to się podoba Bogu. Tymczasem „bracia” w Brooklynie wcale nie troszczą się o nich...

 

Dla przykładu Towarzystwo Strażnica narzuca swoim członkom zakaz spożywania krwi, który obowiązywał w Prawie Mojżeszowym. Zakaz ten rzeczywiście znajduje się w Piśmie św. i jest skrupulatnie przestrzegany przez wyznawców judaizmu do dziś. Jednak transfuzja krwi nie jest zakazana przez słowo Boże, a tym bardziej nie ma w nim mowy o preparatach surowiczych, o przyjmowaniu trombocytów lub erytrocytów. I jeśli dla Ciała Kierowniczego to mogą być jakieś tam abstrakcyjne dźwięki, to dla wielu chorych „świadków Jehowy” jest to kwestia życia lub śmierci.

 

Dla chorych na hemofilię przyjęcie zastrzyku z frakcji krwi jest często jedynym ratunkiem. Przez wiele lat Towarzystwo Strażnica nauczało, że jednorazowe przyjęcie takiego zastrzyku jest dozwolone, powtórne zaś już jest grzechem. Kto i dlaczego uznał, że pierwszy zastrzyk nie jest „karmieniem się krwią”, a drugi już nim jest i narusza zasadę Kpł 17,10-12, nie dowiemy się nigdy. Faktem jednak jest, że kiedy po wielu latach nauczanie się zmieniło, ogół świadków Jehowy nie został o tym poinformowany. Ludzie, którym wcześniej powiedziano, że kolejny zastrzyk będzie dla nich oznaczał wykluczenie z organizacji, nie wiedzieli, że to stanowisko jest już nieaktualne, i nadal bali się korzystać z pomocy medycznej w tym zakresie. A administracja nie zgadzała się na opublikowanie tej informacji, żeby „zachować twarz”. Dopiero w 1978 roku „Strażnica” powiadomiła „świadków Jehowy” o zmianie nauczania, które nastąpiło trzy lata wcześniej. Przy tym nikt nie poczuł się odpowiedzialny za doprowadzenie do śmierci wielu członków swojej organizacji najpierw poprzez błędne nauczanie, a potem poprzez ukrywanie informacji o jego zmianie...

 

Jeszcze gorzej wyglądała sprawa zastępczej służby wojskowej. Biblia ani jednym słowem nie zakazuje nikomu odbywania służby wojskowej – jednak Towarzystwo Strażnica kategorycznie zabrania tego „świadkom Jehowy” pod groźbą wykluczenia. Co więcej, przez 50 lat zabraniała im również odbywania służby zastępczej! Każdy normalny człowiek rozumie, że służba zastępcza jest właśnie dla tych, którzy z jakichkolwiek powodów (sumienia, przekonań religijnych itp.) nie chcą służyć w wojsku. Jednak według pokrętnej logiki „świadków Jehowy”, służba zastępcza z racji tego, że jest „zamiast” służby w wojsku i ją zastępuje, jest takim samym grzechem. Ta zasada obowiązywała od lat 40. XX wieku aż do 1 maja 1996 roku, kiedy to nagle się okazało, że należy oddawać „Cezarowi to, co należy do Cezara”. „Strażnica”, która o tym napisała, przemilczała wiele problemów związanych z tym nauczaniem. I znowu Ciało Kierownicze udawało, że nic wielkiego się nie stało, że nikt się nigdy nie pomylił i żadnego błędu w nauczaniu nie było.

 

Jakie są konsekwencje takiej zabawy w dyscyplinę religijną? W samym tylko roku 1988 we Francji ok. 500 osób siedziało w więzieniu za odmowę odbycia służby zastępczej, a we Włoszech ta liczba sięgała tysiąca. Dlaczego ci ludzie cierpieli? Ponieważ „bracia” z Brooklynu wmówili im, że Bóg tego od nich oczekuje. A po 10 latach bezczelnie pisali w „Strażnicy” o pewnym człowieku: „Czy Jehowa okazał się nieprawy, pozwalając mu cierpieć za odmowę służby, której teraz mógłby się podjąć bez przykrych konsekwencji?”. Tego jeszcze brakowało, by Jehowa okazał się „nieprawy” tylko dlatego, że prezes Towarzystwa Strażnica wymyślił sobie wyssaną z palca przeciwną logice zasadę, utrzymywaną w mocy przez następnych 50 lat przez następujące po nim Ciało Kierownicze.

 

Biblia naucza, że cierpienia są „zapowiedzią sprawiedliwego sądu Bożego; celem jego jest uznanie was za godnych królestwa Bożego, za które też cierpicie” (2 Tes 1,5). Doktryna „świadków Jehowy” niewiele ma wspólnego z królestwem Bożym, a niepodporządkowanie się jej sprowadza na członków organizacji poważne cierpienia. Jeśli więc ci ludzie całkowicie podporządkowali się Towarzystwu Strażnica i gotowi są cierpieć z powodu rzeczy, które raz są dozwolone, potem zabronione, a potem znowu dozwolone, to czy przez takie cierpienie zostaną uznani za godnych królestwa Bożego? Zadawanie sobie cierpienia w imię fałszywej ideologii nie przyczynia się do naszego zbawienia.

 

Czego są świadkami?

 Paradoksalnie „Strażnica”, ujawniając popełniany przez wiele lat błąd doktrynalny, stwarza wrażenie, że ten błąd był bardzo korzystny dla „świadków Jehowy”. Raymond Franz jednak zauważa: „Nie można w żaden sposób wykazać, że Bóg prowadzi swój lud za pomocą błędu”. Bohaterowie wiary, opisani w 11. rozdziale Listu do Hebrajczyków, dali chlubne świadectwo tego, że Bóg jest prawdomówny i spełnia swoje obietnice. O czym świadczy bezsensowne cierpienie „świadków Jehowy”, starających się postępować według wytycznych Towarzystwa Strażnica, które okazują się błędem?

Świadczy ono o tym, że nie wystarczy szczere pragnienie służenia Bogu. Trzeba Boga poznać osobiście, zaufać Mu i doświadczyć Jego obecności w Kościele, w Eucharystii i w słowie Bożym. Kiedy się poszukuje Boga tam, gdzie Go nie ma, nieuchronnie wpadnie się w sidła błędnej nauki prowadzącej do duchowego zniewolenia, bezsensownego cierpienia i w konsekwencji do wiecznej śmierci. Niech ludzie dobrej woli wśród „świadków Jehowy” wezmą sobie to do serca i odrzucą zwodnicze, niebiblijne nauczanie „Strażnicy”. A my starajmy się pomagać ludziom zniewolonym przez zakłamaną ideologię „świadków Jehowy”, życzliwie mówiąc im prawdę i modląc się o ich nawrócenie.

R.Tekieli - Rozmowa z byłym magiem i szamanem

Okultyzm

 

autor: ks. Mieczysław Piotrowski TChr

 

           Okultyzm (czyli wszelkie for­my wróżbiarstwa, astrologia, ja­sno­widz­two, chiromancja, posługiwanie się medium, wywoływanie zmar­łych, od­wo­ły­wa­nie się do szatana, ko­rzy­sta­nie z horoskopów) trzeba nazwać praw­dzi­wą religią szatana dlatego, że wszyscy, którzy go prak­ty­ku­ją, wy­stę­pu­ją przeciwko pierw­sze­mu przy­ka­za­niu Dekalogu: „Nie będziesz miał bo­gów cudzych przede Mną” (Wj 20, 3); „Pan jest na­szym Bogiem – Panem Je­dy­nym. Będziesz mi­ło­wał Pana, Boga two­je­go, z całego serca swego, z całej duszy swojej, ze wszyst­kich sił swo­ich” (Pwt 6, 4-5).

 

            Chrześcijaństwo jest niezwykle fascynujące. Uświa­da­mia nam, że możemy nawiązać praw­dzi­wą relację miłości z Jezusem Chry­stu­sem, który jako prawdziwy Bóg stał się prawdziwym czło­wie­kiem, a uczy­nił to „dla nas i dla naszego zbawienia”. Jeżeli przez wiarę przylgniemy do Nie­go całym sercem, to wtedy swoją mi­ło­ścią będzie nas prowadził do pełni szczę­ścia.

 

            Niestety, wielu współczesnych ludzi ulega pokusie i szuka szczęścia nie w Bogu, lecz w okultyzmie. Dla­te­go idą radzić się do jasnowidzów, chi­ro­man­tów czy magów. Zajmują się astro­lo­gią, wierzą w horoskopy, ulegają za­bo­bo­nom, a przed podjęciem waż­nych decyzji „radzą się gwiazd”. Gdy szwan­ku­je im zdrowie, udają się do naj­prze­róż­niej­szych okultystycznych uzdro­wi­cie­li, którzy najczęściej są na­rzę­dzia­mi w rękach złych duchów. Albo oddają swo­je życie diabłu, aby uzyskać per­wer­syj­ną przyjemność sek­su­al­ną, władzę nad innymi lub zdobyć pieniądze. To praw­da, że czytanie ho­ro­sko­pów w gazecie nie jest tak wiel­kim złem jak na przy­kład wyznawanie satanizmu. To tak, jak nie można po­rów­nać kradzieży drob­nej rzeczy w sklepie od kradzieży sa­mo­cho­du. Jed­nak mała kradzież może doprowadzić do kradzieży na wielką skalę, a często niewinne za­in­te­re­so­wa­nie się okul­ty­zmem (horoskopy) może do­pro­wa­dzić do wielkiego uza­leż­nie­nia.

 

            Praktykowanie okultyzmu pro­wa­dzi do całkowitego zniewolenia czło­wie­ka przez siły zła. Historia Na­ro­du Wybranego, a także historia ludz­ko­ści mówi nam, że ile razy lu­dzie od­wra­ca­li się od prawdziwego Boga, to wtedy zawsze oddawali się naj­bar­dziej irracjonalnemu i pry­mi­tyw­ne­mu bałwochwalstwu. Istnieje pew­na pra­wi­dło­wość, a mianowicie każ­de­mu upad­ko­wi religijności to­wa­rzy­szy rów­no­cze­sny wzrost zabobonu, okultyzmu i wróż­biar­stwa.

 

            Okultyzm jest związany z wia­rą w istnienie duchowych sił lub ener­gii, za pomocą których człowiek pra­gnie poznać przyszłość, odzyskać zdrowie, osiągnąć powodzenie, suk­ces, uzyskać nadzwyczajne władze, aby pa­no­wać i manipulować innymi ludźmi. W tym celu przechodzi inicjację i po­dej­mu­je różnorodne prak­ty­ki okul­ty­stycz­ne, ćwiczenia, medytacje itp. Prak­ty­ku­ją­cy okultyzm twier­dzą, że uzy­sku­ją pa­ra­nor­mal­ne poznanie oraz zdol­no­ści takie, jak umiejętność czytania myśli, przy­szło­ści, dobrego lub złego od­dzia­ły­wa­nia i manipulowania in­ny­mi ludź­mi, ma­te­ria­li­zo­wa­nia przed­mio­tów, kontaktów ze zmarłymi, z UFO lub częściowe panowanie nad siłami na­tu­ry. Często nie zdają sobie sprawy z tego, że w ten spo­sób otwie­ra­ją się na dzia­ła­nie ta­jem­nych złych mocy, nad którymi nie mają już żadnej możliwości kon­tro­li. Po prostu do­bro­wol­nie oddają się w ich wła­da­nie, sta­jąc się nie­wol­ni­ka­mi sił zła.

 

            Każdy więc, kto praktykuje naj­róż­niej­sze formy magii, sa­ta­ni­zmu, astrologii, spirytyzmu, wróżbiarstwa lub staje się członkiem masonerii, wy­stę­pu­je przeciwko pierwszemu przy­ka­za­niu – czyli popełnia grzech śmier­tel­ny. Podobnie grzeszą ci wszy­scy, któ­rzy odwołują się do praktyk hin­du­skich, tybetańskich, chcąc wy­ko­rzy­stać sta­ro­żyt­ne mity i symbole, aby posłużyć się ich tajemną mocą przez poddanie się prowadzeniu złego du­cha. Jest to cięż­ki grzech nie­po­słu­szeń­stwa Duchowi Świętemu oraz odrzucenia prze­wod­nic­twa Anioła Stróża.

 

            Tak więc każdy, kto po­słu­gu­je się wahadełkiem, kartami ta­ro­ta, uda­je się z prośbą o pomoc do wróż­bi­tów, magów, uzdro­wi­cie­li, wró­żą­cych z kart lub tych, któ­rzy mówią, że dzia­ła­ją za po­śred­nic­twem du­cha-prze­wod­ni­ka, wy­ra­ża w ten spo­sób swój brak wia­ry w mi­łość Boga i otwie­ra się na dzia­ła­nie złych du­chów.

 

            Pi­smo św. jed­no­znacz­nie po­tę­pia prak­ty­ki okul­ty­stycz­ne jako grze­chy, któ­re wy­klu­cza­ją ludzi z Kró­le­stwa Bo­że­go (Ga 5, 20; Ap 9, 21; 22, 15). Czy­ta­my w Księ­dze Po­wtó­rzo­ne­go Pra­wa: „Nie znaj­dzie się po­śród cie­bie nikt, kto by prze­pro­wa­dzał przez ogień swe­go syna lub cór­kę, upra­wiał wróż­by, gu­sła, prze­po­wied­nie i cza­ry; nikt, kto by upra­wiał za­klę­cia, py­tał du­chów i wid­ma, zwra­cał się do umar­łych. Obrzy­dli­wy jest bo­wiem dla Pana każ­dy, kto to czy­ni. Z po­wo­du tych obrzy­dli­wo­ści wy­pę­dza ich Pan, Bóg twój, sprzed twe­go ob­li­cza. Do­cho­wasz peł­nej wier­no­ści Panu, Bogu swe­mu. Te na­ro­dy bo­wiem, któ­re ty wy­dzie­dzi­czysz, słu­cha­ły wróż­bi­tów i wy­wo­łu­ją­cych umar­łych. Lecz to­bie nie po­zwa­la na to Pan, Bóg twój” (Pwt 18, 9-14; por. Kpł 19, 31; 20, 6.27).

 

            Nowy Ka­te­chizm Ko­ścio­ła Ka­to­lic­kie­go w spo­sób jed­no­znacz­ny mówi na te­mat okul­ty­zmu:

 

„2116. Na­le­ży od­rzu­cić wszel­kie for­my wróż­biar­stwa: od­wo­ły­wa­nie się do sza­ta­na lub de­mo­nów, przy­wo­ły­wa­nie zmar­łych lub inne prak­ty­ki ma­ją­ce rze­ko­mo od­sła­niać przy­szłość. Ko­rzy­sta­nie z ho­ro­sko­pów, astro­lo­gia, chi­ro­man­cja, wy­ja­śnia­nie prze­po­wied­ni i wróżb, zja­wi­ska ja­sno­widz­twa, po­słu­gi­wa­nie się me­dium są prze­ja­wa­mi chę­ci pa­no­wa­nia nad cza­sem, nad hi­sto­rią i wresz­cie nad ludź­mi, a jed­no­cze­śnie pra­gnie­niem zjed­na­nia so­bie ukry­tych mocy. Prak­ty­ki te są sprzecz­ne ze czcią i sza­cun­kiem – po­łą­czo­nym z mi­łu­ją­cą bo­jaź­nią – któ­re na­le­żą się je­dy­nie Bogu.

 

 2117. Wszyst­kie prak­ty­ki ma­gii lub cza­rów, przez któ­re dąży się do uzy­ska­nia ta­jem­nych sił, by po­słu­gi­wać się nimi i osią­gnąć nad­na­tu­ral­ną wła­dzę nad bliź­ni­mi – na­wet w celu za­pew­nie­nia im zdro­wia – są w po­waż­nej sprzecz­no­ści z cno­tą re­li­gij­no­ści. Prak­ty­ki te na­le­ży po­tę­pić tym bar­dziej wte­dy, gdy to­wa­rzy­szy im in­ten­cja za­szko­dze­nia dru­gie­mu czło­wie­ko­wi lub ucie­ka­nie się do in­ter­wen­cji de­mo­nów. Jest rów­nież na­gan­ne no­sze­nie amu­le­tów. Spi­ry­tyzm czę­sto po­cią­ga za sobą prak­ty­ki wróż­biar­skie lub ma­gicz­ne. Dla­te­go Ko­ściół upo­mi­na wier­nych, by wy­strze­ga­li się ich. Ucie­ka­nie się do tak zwa­nych tra­dy­cyj­nych prak­tyk me­dycz­nych nie uspra­wie­dli­wia ani wzy­wa­nia złych mocy, ani wy­ko­rzy­sty­wa­nia ła­two­wier­no­ści dru­gie­go człowieka.

2115. Bóg może ob­ja­wić przy­szłość swo­im pro­ro­kom lub in­nym świę­tym. Jed­nak wła­ści­wa po­sta­wa chrze­ści­jań­ska po­le­ga na uf­nym po­wie­rze­niu się Opatrz­no­ści w tym, co do­ty­czy przy­szło­ści, i na od­rzu­ce­niu wszel­kiej nie­zdro­wej cie­ka­wo­ści w tym wzglę­dzie. Nie­prze­wi­dy­wa­nie może jed­nak sta­no­wić brak od­po­wie­dzial­no­ści”

„Nie będziecie się tatuować. Ja jestem Pan!” (Kpł 19,28)

autor: Mirosław Rucki

Jeśli czytamy Pismo Święte, wcześniej czy później zauważymy zawarty w nim kategoryczny zakaz wykonywania tatuaży. O co chodzi? Przecież wszyscy to robią i to „nic takiego”. Dlaczego Bóg nam tego zabrania?

Sprawa jest absolutnie jednoznaczna i w zasadzie nie podlega dyskusji: Prawodawca objawiający swoją wolę na Synaju wskazał na szereg praktyk pogańskich, kategorycznie zabraniając swojemu ludowi w to wchodzić. Nie trzeba wielkiego wysiłku, by zauważyć, że w jednym szeregu z tatuażem w wersetach Kpł 19,26-31 są zakazane czary (magia), prostytucja (nierząd) oraz okultyzm (wywoływanie duchów). Moc i kategoryczność tych zakazów wyraża kilkakrotnie powtórzona formułka „Ja jestem Pan!”, oznaczająca, że Bóg jest święty i nie toleruje tego typu praktyk powiązanych z demonicznymi wierzeniami pogańskimi. Tym demonicznym praktykom Bóg przeciwstawia nakaz: „Będziecie zachowywać moje szabaty i szanować mój święty przybytek. Ja jestem Pan!” (Kpł 19,30).

Nie ma żadnej możliwości odczytania zakazu tatuażu na jakiś inny sposób. Wprawdzie hebrajski wyraz ka’aka nie występuje więcej w Biblii, jednak egzegeci żydowscy mówią wyraźnie: „Chodzi o nieusuwalne znaki wprowadzone w ciało za pomocą igły, które zawsze pozostają widoczne” (Raszi, Komentarz Wajikra 19,28). Tłumaczenie greckie Starego Testamentu (Septuaginta), wykonane kilkaset lat przed Chrystusem używa wyrazu στικτὰ pochodzącego od στιζώ (nakłuwam). Nie ma więc wątpliwości, że właśnie wykonywanie tatuażu jest absolutnie zakazane przez Boga; jestem przekonany, że również tzw. piercing (czyli przekłuwanie warg, języka, pępka itp.) jest Bogu niemiły.

Nieprzypadkowo obok zakazu tatuowania się Bóg umieścił wzmiankę o swojej świątyni. Święty Paweł poucza nas, uświęconych przez Krew Chrystusa: „Czyż nie wiecie, żeście świątynią Boga i że Duch Boży mieszka w was? Jeżeli ktoś zniszczy świątynię Boga, tego zniszczy Bóg. Świątynia Boga jest świętą, a wy nią jesteście” (1 Kor 3,16-17). Przecież jasne jest, że nakłuwanie na skórze znaków (jakichkolwiek) lub wbijanie kolczyków, gdzie się da jest niszczeniem naszego ciała, które jest świątynią Boga. Tak naprawdę chodzi o złamanie pierwszego przykazania – absolutnie święty Bóg pragnie zamieszkać w nas i nie życzy sobie, byśmy niszczyli swoje ciało, które staje się Jego świątynią.

Ksiądz Peter R. Scott przypomina: „Przykazanie, aby nie »uszkadzać swojego ciała«, jest wymienione razem z takimi zabronionymi czynami, jak konsultowanie się z czarownikami czy wróżbitami, wróżenie ze snów czy hańbienie swojej córki poprzez nakłanianie jej do nierządu. Chodzi więc o akt buntu przeciwko nadprzyrodzonemu porządkowi, gdyż tatuowanie się charakteryzuje człowieka trwającego w swoich prawach do czynienia, cokolwiek mu się podoba, bez oddawania czci swojemu Zbawicielowi. (...) Symbolizuje odrzucenie świętości ciała człowieka” („The Angelus: Journal of Roman Catholic Tradition”, Vol. XXXII, No. 2, February 2009). Katechizm Kościoła Katolickiego jasno mówi: „Dobre i czyste sumienie jest oświecane przez prawdziwą wiarę. Albowiem miłość wypływa równocześnie »z czystego serca, dobrego sumienia i wiary nieobłudnej« (1 Tm 1,5)”. Czy można mówić o czystym sercu i dobrym sumieniu, jeśli oszpecamy swoje ciało, stworzone przez Boga z wielką miłością i odkupione przez Krew Chrystusa?

Pan Jezus, prawdziwy Bóg, w tajemnicy Wcielenia uświęcił ludzkie ciało, stając się w pełni człowiekiem. Jest absolutnie nie do pomyślenia, by kiedykolwiek w jakichkolwiek okolicznościach pozwolił wytatuować jakiś znak na swoim ludzkim ciele lub wbić w nie jakiś kolczyk. Podobnie nie do pomyślenia jest, by którykolwiek z apostołów oszpecił swe ciało w ten sposób. W Nowym Testamencie temat tatuażu czy piercingu w ogóle się nie pojawia właśnie dlatego, że w sposób absolutnie oczywisty wykonanie tej pogańskiej praktyki przez kogokolwiek z uczniów Jezusa było nie do pomyślenia. W tym kontekście mocno brzmią słowa św. Pawła: „Bądźcie naśladowcami moimi, tak jak ja jestem naśladowcą Chrystusa” (1 Kor 11,1).

Kogo naśladujemy, kiedy chcemy umieścić nieusuwalny tatuaż na swoim ciele lub przekłuć sobie wargę, język lub pępek? Czyż nie robią tego popularne „gwiazdy”, żyjące rozpustnie i przedkładające zmysłowość ponad miłość? To jest pytanie o moralność, czystość serca i o wiarę. Czy rzeczywiście te „modele” w prasie i telewizji, które szpanują tatuażami, są postaciami godnymi naśladowania, a ich tatuaż świadczy o moralności lub o wierze? Wątpię. Dlatego też za św. Janem apeluję do każdego: „Umiłowany, nie naśladuj zła, lecz dobro! Ten, kto czyni dobrze, jest z Boga; ten zaś, kto czyni źle, Boga nie widział” (3 J 10,11).

Na zakończenie podam dwa przykłady z życia. Miałem kolegę, który w pewnym momencie dał się namówić na tatuaż. Cieszył się z niego kilka lat, po czym tak bardzo chciał się go pozbyć, że wypalił sobie skórę na ręce. Wolał mieć bliznę niż tatuaż, którego się wstydził. A drugi przykład słyszałem od księdza egzorcysty. Chłopak, z którego wypędzano demona, miał tatuaż (jakiś tam wcale nie satanistyczny, zwykły wzorek). W czasie egzorcyzmu ten tatuaż palił go jak ogień i chłopak wiele by dał, by go nie mieć na swoim ciele. Warto więc sto razy się zastanowić, czy naprawdę będziemy przez całe życie chcieli mieć coś nieusuwalnego na swojej skórze i czy nie przeszkodzi nam to w spotkaniu się z Bogiem.

„Dlatego, umiłowani, oczekując tego, starajcie się, aby [Jezus] was zastał bez plamy i skazy – w pokoju” (2 P 3,14). Również bez plamy i skazy, które świadomie i dobrowolnie w sposób nieusuwalny umieściliśmy na swoim ciele.

Spotkanie z Egzorcystą.Pochodzenie Lucyfera,Upadek Ludzi,Jezus Zbawiciel

Korzenie niewiary i okultyzmu.Nie ma reinkarnacji

autor: ks. Mieczysław Piotrowski TChr

Praktykowanie różnych form okultyzmu jest jednym z najcięższych grzechów przeciwko pierwszemu przykazaniu Dekalogu. Jakie są najgłębsze korzenie tego grzechu i niewiary w Boga?

Zafałszowany obraz Boga

Jezus Chrystus objawia nam całą prawdę o tajemnicy Boga, który jest jeden w doskonałej wspólnocie osób: Ojca, Syna i Ducha Świętego. Powołał każdego z nas do istnienia i do wspólnoty miłości ze sobą. Nieustannie otacza nas wielką czułością oraz mocą i stanowczością najlepszego Ojca. Istniejemy, żyjemy tylko dlatego, że Bóg nas kocha. Miłość Boga to Osoba Ducha Świętego, czyli wzajemna miłość Ojca i Syna. Mocą tej Miłości cały świat został stworzony i utrzymywany jest w istnieniu. Stwarzając człowieka na swój obraz i podobieństwo, Stwórca uzdolnił go do miłości, czyli do przyjmowania daru Ducha Świętego i przekazywania Go innym. W tym właśnie wyraża się największa godność człowieka, że może on na modlitwie nawiązać osobistą relację miłości z Bogiem, jednoczyć się z Nim w sakramentach, zgadzać się na to, aby Bóg wyzwalał go z niewoli grzechów, leczył i uzdrawiał wszystkie jego rany, słabości i choroby ducha, aby mógł w pełni kochać tą Miłością, którą obdarowuje go Bóg. To jest właśnie pełnia szczęścia: być kochanym i kochać czystą, niezniszczalną Miłością.
Ta prawda o Bogu jest nieustannie kwestionowana, deformowana w ludzkiej świadomości przez moce zła. W opisie grzechu pierworodnego szatan, którego Jezus nazwał „kłamcą i ojcem kłamstwa” (J 8,44), podsuwa człowiekowi myśl, że tak naprawdę to Bóg go nie kocha, ponieważ zabrania mu dostępu do pełni szczęścia poprzez nakaz: „z drzewa poznania dobra i zła nie wolno ci jeść, bo gdy z niego spożyjesz, niechybnie umrzesz” (Rdz 2,17). Szatan kwestionuje to, co mówi Bóg: „Na pewno nie umrzecie! Ale wie Bóg, że gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło” (Rdz 3,4-5). Znać dobro i zło to znaczy osiągnąć Boską wszechmoc. Adam i Ewa uwierzyli szatanowi i przestali wierzyć Bogu. Uwierzyli, że grzech da im pełnię życia i szczęścia, a przestali wierzyć w to, co mówił Bóg: że grzech zabija miłość, prowadzi do śmierci duchowej i zniewolenia przez siły zła. Szatanowi udało się zafałszować obraz Boga w ludzkiej świadomości i nakłonić człowieka do pierwszego grzechu, do odrzucenia wiary w to, co objawił mu Bóg. Będąc „kłamcą i ojcem kłamstwa” (J 8,44), szatan nieustannie próbuje zafałszować obraz Boga w sercach i umysłach ludzi, tak aby przestali oni Bogu wierzyć i ufać, a w konsekwencji nie modlili się i nie przystępowali do sakramentów, aby odrzucili Dekalog i zasady moralne oraz żeby sami decydowali o tym, co jest dobre, a co złe.
Człowiek, który nosi w sobie zafałszowany obraz Boga, buntuje się przeciwko Niemu, ucieka przed Nim, a w końcu kwestionuje Jego istnienie. Niemiecki filozof Fryderyk Nietzsche pisał: „Gdyby istniał Bóg, to ja nie mógłbym tego znieść, że nie jestem Bogiem”. Jeżeli człowiek uwierzy w to, co mówi szatan o Bogu, wtedy zacznie żyć w postawie buntu przeciwko Niemu, a to staje się źródłem największych jego nieszczęść i cierpień. Będzie dalej nosił w sobie głębokie pragnienie szczęścia, które jest nieuświadomionym pragnieniem Boga, ale zacznie tego szczęścia szukać na poziomie zmysłów, w różnych ideologiach, sektach, religiach pogańskich lub w okultyzmie.

Pułapka pogańskich religii Wschodu

W religiach Wschodu nie ma Boga, który jest osobą, którego można spotkać, pokochać, z którym można nawiązać osobowy kontakt. W tych naturalistycznych religiach bóg to całość stworzenia, jakaś nieosobowa kosmiczna energia, w której człowiek ma się rozpłynąć i zatracić swoje osobowe ja. Tak więc według tych religii cała natura jest bogiem i każdy z nas jest bogiem – a więc nie ma osobowego Boga. Chodzi tylko o to, aby człowiek uświadomił sobie, że jest bogiem, a więc aby uwierzył w to, co mówił szatan w pierwszej pokusie (Rdz 3,4-5), i własnymi siłami, przez jogę i inne techniki medytacji, starał się dojść do szczęścia przez zatracenie swojego osobowego ja, przez wtopienie się w naturę, w bezosobową „wielką całość”. Wszystkie religie Wschodu są ludzką próbą szukania Boga, ale z chwilą przyjścia na świat Jezusa Chrystusa stają się już nieaktualne i niepotrzebne. Ponieważ Bóg całkowicie objawił się ludziom w Jezusie Chrystusie, dlatego czymś, delikatnie mówiąc, wysoce nierozsądnym jest szukanie Boga w religiach Wschodu z pominięciem Chrystusa.
Miłość staje się możliwa tylko pomiędzy osobami, które są wolne. Osobowy Bóg pragnie nawiązać z człowiekiem relację miłości i dlatego stworzył nas na swój obraz i podobieństwo, a więc obdarzył nas rozumem, wolną wolą oraz zdolnością do miłości. W tym właśnie wyraża się wielkość powołania każdego człowieka. Bóg nie chce, abyśmy zatracili swoje osobowe ja, tak jak tego uczą religie Wschodu, gdyż wtedy odrzucilibyśmy miłość i zatracilibyśmy siebie. On pragnie, abyśmy mogli Go wybrać w całkowitej wolności i przyjąć Jego miłość, która nas włączy w życie Boga Trójjedynego. Bóg objawia nam, że kocha każdego człowieka, i bardzo pragnie, abyśmy odpowiedzieli miłością na Jego miłość.  Natomiast religie Wschodu nie prowadzą drogami dojrzewania do miłości i osobowego rozwoju człowieka. Pokazują one jedynie, jak odnaleźć własną naturę, którą utożsamiają z Bogiem, a to jest droga, która może zaprowadzić na szczyty egoizmu. Tylko Jezus Chrystus, Bóg-Człowiek, może wyprowadzić nas z tego zagubienia w ciemnościach grzechu i śmierci. Tylko On jeden jest dla nas „Drogą, Prawdą i Życiem” (J 14,6). Bóg dlatego stał się prawdziwym człowiekiem, umarł i zmartwychwstał, aby wybawić nas z niewoli grzechu i śmierci i dać nam udział w swoim Bóstwie, czyli w życiu Boga w Trójcy Jedynego. Dlatego uzdalnia nas do tego, abyśmy na modlitwie i w sakramentach mogli oddychać Jego miłością, czyli przyjmować Jego życie, dar Ducha Świętego. Wtedy mocą Boga człowiek zostaje wyniesiony na nadprzyrodzony poziom życia, pozostaje dalej w pełni naturą stworzoną, osobowym podmiotem, ale już przebóstwionym, w pełni zjednoczonym w miłości z Bogiem.
Jezus mówi nam: „Ja jestem krzewem winnym, wy – latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić” (J 15,5). Tylko wtedy człowiek odnajdzie sens życia, gdy uwierzy w Chrystusa i będzie przyjmował od Niego dar Bożego życia, oddychał miłością Ojca i Syna, czyli Duchem Świętym. Bóg nam mówi: „Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony” (Mk 16,16). Czytamy także w Piśmie św., że Antychrystami są ci wszyscy, którzy z własnej winy nie uznają, że Chrystus jest Bogiem, drugą Osobą Trójcy Świętej, który stał się prawdziwym człowiekiem, aby nas zbawić: „Któż zaś jest kłamcą, jeśli nie ten, kto zaprzecza, że Jezus jest Mesjaszem? Ten właśnie jest Antychrystem, który nie uznaje Ojca i Syna” (1 J 2,22).
Jezus Chrystus jest jedynym Zbawicielem. Dlatego św. Piotr pisze: „I nie ma w żadnym innym zbawienia, gdyż nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, w którym moglibyśmy być zbawieni” (Dz 4,12).
Jeżeli Go przyjmiemy i pozwolimy, przez wytrwałą modlitwę oraz sakramenty pokuty i Eucharystii, aby nas przemieniał swoją miłością, wtedy będziemy już teraz żyć Jego życiem i doświadczać radości zmartwychwstania, zwycięstwa nad szatanem, grzechem i śmiercią.

Okultyzm

Okultyzm jest religią szatana. Praktykowanie jego różnych form to jeden z najcięższych grzechów przeciwko pierwszemu przykazaniu Dekalogu. Do okultyzmu zalicza się między innymi: bioenergoterapię, radiestezję, magiczne zaklęcia, spirytyzm, wywoływanie duchów, stosowanie hipnozy, transu do postawienia diagnozy czy leczenia, znachorstwo, wróżbiarstwo, astrologię, jasnowidztwo, chiromancję, karty tarota lub inne podobne metody odkrywania przyszłości, wschodnie sztuki walki, medytacje wschodnie, jogę itp.
Im bardziej pogłębia się religijna ignorancja, osłabia wiara, zanika modlitwa i przystępowanie do sakramentów, tym bardziej ludzie zaczynają skłaniać się do wiary w różne zabobony i okultyzm. Ci, którzy zrywają więzy wiary i miłości z Bogiem, ulegają złudnemu przekonaniu, że sami znajdą pełnię szczęścia w bogactwie, przyjemności, władzy czy zdrowiu. Dla zrealizowania tych celów uciekają się do różnych form okultyzmu, aby posłużyć się tajemniczymi, niematerialnymi siłami. Dlatego zwracają się do wróżbitów, jasnowidzów, astrologów, bioenergoterapeutów, czarowników, do różnych technik medytacji, jogi itd., aby zrealizować swoje życiowe plany i pragnienia. Za pomocą różnych amuletów, talizmanów, gestów, formuł i rytuałów pragną zdobyć nadzwyczajną moc w obronie przed chorobą, niepowodzeniami, aby panować nad otaczającą rzeczywistością i zaspokajać wszystkie swoje egoistyczne pragnienia.  
Praktykując różne formy okultyzmu, człowiek odwraca się od Boga prawdziwego i otwiera się na tajemnicze demoniczne moce – w złudnym przekonaniu, że właśnie one przyniosą mu upragnione szczęście. Konsekwencją takiej postawy jest zniewolenie przez siły zła, aż do opętania włącznie.
Można spotkać wiele osób, które nawet przez jednorazowy kontakt z jakimś bioenergoterapeutą, wróżką czy jasnowidzem nabawiły się ciągłych bólów głowy, stanów lękowych i depresyjnych, bezsenności, niepokojów duchowych czy bezpośredniej agresji złych duchów.
Jedynym skutecznym sposobem uzdrowienia, wyzwolenia się z niszczących wpływów szatana jest poddanie się terapii, którą ofiarowuje nam Jezus Chrystus. Musisz najpierw szczerze się wyspowiadać i zacząć codzienną wytrwałą modlitwę, aby Jezus mógł zerwać wszelkie więzy łączące Cię ze złymi duchami, które nawiązałeś(-łaś) przez praktyki okultystyczne. Trzeba, jeżeli jest to możliwe, abyś codziennie uczestniczył(a) w Eucharystii i przyjmował(a) Komunię św., ofiarowywał(a) Jezusowi wszystkie swoje cierpienia duchowe i fizyczne, ofiarowywał(a) się Jezusowi przez Niepokalane Serce Najświętszej Maryi Panny, modlił(a) się na różańcu, koronką do Bożego Miłosierdzia, czytał(a) Pismo Święte.  Na wyzwolenie się z niewoli sił zła i uzdrowienie wszelkich ran duchowych potrzeba czasu, dlatego musisz uzbroić się w cierpliwość w znoszeniu swego cierpienia spowodowanego działaniem złych duchów i ofiarowywać je Jezusowi. Wtedy cierpienie, które cię dotyka, stanie się dla Ciebie błogosławieństwem i drogą dojrzewania do świętości, przy bezgranicznym zaufaniu Jezusowi, zawierzeniu Mu i oddaniu Mu siebie do całkowitej Jego dyspozycji. W jedności z Jezusem na pewno odniesiesz zwycięstwo.
Święta Edyta Stein radzi: „Wszystko, co możemy i co powinniśmy zrobić, to siebie na łaskę otworzyć, czyli wyrzec się całkowicie swej własnej woli i poddać woli Boga, składając w Jego ręce naszą duszę, gotową na Jego przyjęcie i Jego kształtowanie. Wymaga to przede wszystkim ogołocenia siebie i wewnętrznego uciszenia”.
Jeżeli pragniesz się wyzwolić z niewoli szatana i zerwać ze wszelkimi praktykami okultystycznymi, pomódl się słowami następującej modlitwy: „Panie Jezu Chryste, przez pośrednictwo Twojej Niepokalanej Matki Maryi całkowicie zawierzam Ci siebie, swoje ciało i duszę, wszystko, czym jestem i co posiadam. Tylko Ty, Jezu, jesteś jedynym Panem mojego życia i dlatego z całego serca żałuję za swoje zaangażowanie się w praktyki okultystyczne …… (tu powiedz, jakie to były praktyki – na przykład: uczestniczenie w seansach spirytystycznych, korzystanie z usług wróżek, magów, jasnowidzów, bioenergoterapeutów, używanie wahadełka, kart tarota, horoskopów, przepowiadanie przyszłości, wróżenie z ręki itd.). Tylko Ty, Panie, jesteś moim jedynym Bogiem, jedyną miłością i nadzieją mojego życia. Wyrzekam się wszystkich okultystycznych praktyk, przez które dobrowolnie oddawałem(-łam) się pod panowanie szatana. Wyrzekam się ciebie, szatanie, i rozkazuję ci, w imię Jezusa Chrystusa, zaprzestać swojej działalności w moim życiu. Amen”.

Nie ma reinkarnacji

Pan Bóg w Piśmie św. uświadamia nam, że na ziemi żyjemy tylko jeden raz: „Nie zapominaj, że nie ma powrotu” (Syr 38,21); „Postanowione ludziom raz umrzeć, a potem sąd” (Hbr 9,27). Nasze życie na ziemi jest jedyne i niepowtarzalne, człowiek umiera tylko raz, a po śmierci nie ma już powrotu do życia na ziemi. To nam mówi Pan Bóg. Natomiast twierdzenie o istnieniu reinkarnacji jest podstępną pokusą złego ducha, który pragnie, aby ludzie zaczęli bagatelizować konsekwencje swoich grzechów i przestali wierzyć w objawioną przez Boga prawdę o niepowtarzalności ludzkiego życia na ziemi i możliwości wiecznego potępienia. To, czego naucza Jezus Chrystus w swoim Kościele na temat reinkarnacji, jest jednoznaczne: „Gdy zakończy się »jeden jedyny bieg naszego ziemskiego żywota« (LG 48), nie wrócimy już do kolejnego życia ziemskiego. »Postanowione ludziom raz umrzeć« (Hbr 9,27). Po śmierci nie ma reinkarnacji” (KKK 1013).
Każdy, kto wierzy w reinkarnację, daje świadectwo swojej wielkiej ignorancji religijnej, ale przede wszystkim zdradza i odrzuca naukę Chrystusa, ponieważ idzie „za filozofią będącą czczym oszustwem, opartą na ludzkiej tylko tradycji, na żywiołach świata, a nie na Chrystusie” (Kol 2,8).

Kapłan poniżonych

Świety mimo woli

Zło nie istnieje panie profesorze......

 

Niewierzący profesor filozofii stojąc w audytorium wypełnionym studentami zadaje pytanie jednemu z nich:
- Jesteś chrześcijaninem synu, prawda?
- Tak, panie profesorze.
- Czyli wierzysz w Boga.
- Oczywiście.
- Czy Bóg jest dobry?
- Naturalnie, że jest dobry.
- A czy Bóg jest wszechmogący? Czy Bóg może wszystko?
- Tak.
- A Ty - jesteś dobry czy zły?
- Według Biblii jestem zły.
Na twarzy profesora pojawił się uśmiech wyższości
- Ach tak, Biblia!
A po chwili zastanowienia dodaje:
- Mam dla Ciebie pewien przykład. Powiedzmy że znasz chorą I cierpiącą osobę, którą możesz uzdrowić. Masz takie zdolności. Pomógłbyś tej osobie? Albo czy spróbowałbyś przynajmniej?
- Oczywiście, panie profesorze.
- Więc jesteś dobry...!
- Myślę, że nie można tego tak ująć.
- Ale dlaczego nie? Przecież pomógłbyś chorej, będącej w potrzebie osobie, jeśli byś tylko miał taką możliwość. Większość z nas by tak zrobiła. Ale Bóg nie.
Wobec milczenia studenta profesor mówi dalej
- Nie pomaga, prawda? Mój brat był chrześcijaninem i zmarł na raka, pomimo że modlił się do Jezusa o uzdrowienie. Zatem czy Jezus jest dobry? Czy możesz mi odpowiedzieć na to pytanie?
Student nadal milczy, więc profesor dodaje
- Nie potrafisz udzielić odpowiedzi, prawda?
Aby dać studentowi chwilę zastanowienia profesor sięga po szklankę ze swojego biurka i popija łyk wody.
- Zacznijmy od początku chłopcze. Czy Bóg jest dobry?
- No tak... jest dobry.
- A czy szatan jest dobry?
Bez chwili wahania student odpowiada
- Nie.
- A od kogo pochodzi szatan?
Student aż drgnął:
- Od Boga.
- No właśnie. Zatem to Bóg stworzył szatana. A teraz powiedz mi jeszcze synu - czy na świecie istnieje zło?
- Istnieje panie profesorze ...
- Czyli zło obecne jest we Wszechświecie. A to przecież Bóg stworzył Wszechświat, prawda?
- Prawda.
- Więc kto stworzył zło? Skoro Bóg stworzył wszystko, zatem Bóg stworzył również i zło. A skoro zło istnieje, więc zgodnie z regułami logiki także i Bóg jest zły.
Student ponownie nie potrafi znaleźć odpowiedzi..
- A czy istnieją choroby, niemoralność, nienawiść, ohyda? Te wszystkie okropieństwa, które pojawiają się w otaczającym nas świece?
Student drżącym głosem odpowiada
- Występują.
- A kto je stworzył?
W sali zaległa cisza, więc profesor ponawia pytanie
- Kto je stworzył?
Wobec braku odpowiedzi profesor wstrzymuje krok i zaczyna się rozglądać po audytorium. Wszyscy studenci zamarli.
- Powiedz mi - wykładowca zwraca się do kolejnej osoby
- Czy wierzysz w Jezusa Chrystusa synu?
Zdecydowany ton odpowiedzi przykuwa uwagę profesora:
- Tak panie profesorze, wierzę.
Starszy człowiek zwraca się do studenta:
- W świetle nauki posiadasz pięć zmysłów, które używasz do oceny otaczającego cię świata. Czy kiedykolwiek widziałeś Jezusa?
- Nie panie profesorze. Nigdy Go nie widziałem.
- Powiedz nam zatem, czy kiedykolwiek słyszałeś swojego Jezusa?
- Nie panie profesorze..
- A czy kiedykolwiek dotykałeś swojego Jezusa, smakowałeś Go, czy może wąchałeś? Czy kiedykolwiek miałeś jakiś fizyczny kontakt z Jezusem Chrystusem, czy też Bogiem w jakiejkolwiek postaci?
- Nie panie profesorze.. Niestety nie miałem takiego kontaktu.
- I nadal w Niego wierzysz?
- Tak.
- Przecież zgodnie z wszelkimi zasadami przeprowadzania doświadczenia, nauka twierdzi że Twój Bóg nie istnieje... Co Ty na to synu?
- Nic - pada w odpowiedzi - mam tylko swoją wiarę.
- Tak, wiarę... - powtarza profesor - i właśnie w tym miejscu nauka napotyka problem z Bogiem. Nie ma dowodów, jest tylko wiara.
Student milczy przez chwilę, po czym sam zadaje pytanie:
- Panie profesorze - czy istnieje coś takiego jak ciepło?
- Tak.
- A czy istnieje takie zjawisko jak zimno?
- Tak, synu, zimno również istnieje.
- Nie, panie profesorze, zimno nie istnieje.
Wyraźnie zainteresowany profesor odwrócił się w kierunku studenta.
Wszyscy w sali zamarli. Student zaczyna wyjaśniać:
- Może pan mieć dużo ciepła, więcej ciepła, super-ciepło, mega ciepło, ciepło nieskończone, rozgrzanie do białości, mało ciepła lub też brak ciepła, ale nie mamy niczego takiego, co moglibyśmy nazwać zimnem. Może pan schłodzić substancje do temperatury minus 273,15 stopni Celsjusza (zera absolutnego), co właśnie oznacza brak ciepła - nie potrafimy osiągnąć niższej temperatury. Nie ma takiego zjawiska jak zimno, w przeciwnym razie potrafilibyśmy schładzać substancje do temperatur poniżej 273,15stC. Każda substancja lub rzecz poddają się badaniu, kiedy posiadają energię lub są jej źródłem. Zero absolutne jest całkowitym brakiem ciepła. Jak pan widzi profesorze, zimno jest jedynie słowem, które służy nam do opisu braku ciepła. Nie potrafimy mierzyć zimna. Ciepło mierzymy w jednostkach energii, ponieważ ciepło jest energią. Zimno nie jest przeciwieństwem ciepła, zimno jest jego brakiem.
W sali wykładowej zaległa głęboka cisza. W odległym kącie ktoś upuścił pióro, wydając tym odgłos przypominający uderzenie młota.
- A co z ciemnością panie profesorze? Czy istnieje takie zjawisko jak ciemność?
- Tak - profesor odpowiada bez wahania - czymże jest noc jeśli nie ciemnością?
- Jest pan znowu w błędzie. Ciemność nie jest czymś, ciemność jest brakiem czegoś. Może pan mieć niewiele światła, normalne światło, jasne światło, migające światło, ale jeśli tego światła brak, nie ma wtedy nic i właśnie to nazywamy ciemnością, czyż nie? Właśnie takie znaczenie ma słowo ciemność. W rzeczywistości ciemność nie istnieje. Jeśli istniałaby, potrafiłby pan uczynić ją jeszcze ciemniejszą, czyż nie?
Profesor uśmiecha się nieznacznie patrząc na studenta. Zapowiada się dobry semestr.
- Co mi chcesz przez to powiedzieć młody człowieku?
- Zmierzam do tego panie profesorze, że założenia pańskiego rozumowania są fałszywe już od samego początku, zatem wyciągnięty wniosek jest również fałszywy.
Tym razem na twarzy profesora pojawia się zdumienie:
- Fałszywe? W jaki sposób zamierzasz mi to wytłumaczyć?
- Założenia pańskich rozważań opierają się na dualizmie - wyjaśnia student
- twierdzi pan, że jest życie i jest śmierć, że jest dobry Bóg i zły Bóg. Rozważa pan Boga jako kogoś skończonego, kogo możemy poddać pomiarom. Panie profesorze, nauka nie jest w stanie wyjaśnić nawet takiego zjawiska jak myśl. Używa pojęć z zakresu elektryczności i magnetyzmu, nie poznawszy przecież w pełni istoty żadnego z tych zjawisk. Twierdzenie, że
śmierć jest przeciwieństwem życia świadczy o ignorowaniu faktu, że śmierć nie istnieje jako mierzalne zjawisko. Śmierć nie jest przeciwieństwem życia, tylko jego brakiem. A teraz panie profesorze proszę mi odpowiedzieć Czy naucza pan studentów, którzy pochodzą od małp?
- Jeśli masz na myśli proces ewolucji, młody człowieku, to tak właśnie jest.
- A czy kiedykolwiek obserwował pan ten proces na własne oczy?
Profesor potrząsa głową wciąż się uśmiechając, zdawszy sobie sprawę w jakim kierunku zmierza argumentacja studenta. Bardzo dobry semestr, naprawdę.
- Skoro żaden z nas nigdy nie był świadkiem procesów ewolucyjnych I nie jest w stanie ich prześledzić wykonując jakiekolwiek doświadczenie, to przecież w tej sytuacji, zgodnie ze swoją poprzednią argumentacją, nie wykłada nam już pan naukowych opinii, prawda? Czy nie jest pan w takim razie bardziej kaznodzieją niż naukowcem?
W sali zaszemrało. Student czeka aż opadnie napięcie.
- Żeby panu uzmysłowić sposób, w jaki manipulował pan moim poprzednikiem, pozwolę sobie podać panu jeszcze jeden przykład - student rozgląda się po sali
- Czy ktokolwiek z was widział kiedyś mózg pana profesora?
Audytorium wybucha śmiechem.
- Czy ktokolwiek z was kiedykolwiek słyszał, dotykał, smakował czy wąchał mózg pana profesora? Wygląda na to, że nikt. A zatem zgodnie z naukową metodą badawczą, jaką przytoczył pan wcześniej, można powiedzieć, z całym szacunkiem dla pana, że pan nie ma mózgu, panie profesorze. Skoro nauka mówi, że pan nie ma mózgu, jak możemy ufać pańskim wykładom, profesorze?
W sali zapada martwa cisza. Profesor patrzy na studenta oczyma szerokimi z niedowierzania. Po chwili milczenia, która wszystkim zdaje się trwać wieczność profesor wydusza z siebie:
- Wygląda na to, że musicie je brać na wiarę.
- A zatem przyznaje pan, że wiara istnieje, a co więcej - stanowi niezbędny element naszej codzienności. A teraz panie profesorze, proszę mi powiedzieć, czy istnieje coś takiego jak zło?
Niezbyt pewny odpowiedzi profesor mówi
- Oczywiście że istnieje. Dostrzegamy je przecież każdego dnia. Choćby w codziennym występowaniu człowieka przeciw człowiekowi. W całym ogromie przestępstw i przemocy
obecnym na świecie. Przecież te zjawiska to nic innego jak właśnie zło.
Na to student odpowiada:
- Zło nie istnieje panie profesorze, albo też raczej nie występuje jako zjawisko samo w sobie. Zło jest po prostu brakiem Boga. Jest jak ciemność i zimno, występuje jako słowo stworzone przez człowieka dla określenia braku Boga. Bóg nie stworzył zła. Zło pojawia się w momencie, kiedy człowiek nie ma Boga w sercu. Zło jest jak zimno, które jest skutkiem braku ciepła i jak ciemność, która jest wynikiem braku światła.
Profesor osunął się bezwładnie na krzesło.

Tym drugim studentem był Albert Einstein. Einstein napisał książkę zatytułowaną "Bóg a nauka" w roku 1921.

Warto zobaczyć...

     

 

PARAFIA RZYMSKOKATOLICKA

 

p.w. Podwyższenia Krzyża Świętego

przy klasztorze O.O. Franciszkanów

ul. M. Kopernika 3, 14-310 Miłakowo

diecezja warmińska

 

numer telefonu : (089) 758 75 70

 

 http://www.milakowo.parafia.info.pl

Dzisiaj jest

środa,
10 lutego 2016

(41. dzień roku)

Galeria

Święta

Sroda Popielcowa.

Zegar

Licznik

Liczba wyświetleń:
999526